Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iluzjoniści. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iluzjoniści. Pokaż wszystkie posty

21 listopada 2016

Iluzjoniści V

Witajcie :)
Dziś przychodzę z rozdziałem Iluzjonistów. Garść szczegółów okraszona minimalną dawką tajemnicy, popchnie Was w kierunku rozwiązania zagadki Popieliska :) Zapraszam!


Rozdział V
***
Ziggy Viegra ocknął się i otworzył oczy. Jeszcze nie do końca rozbudzony wyciągnął po omacku rękę w poszukiwaniu telefonu komórkowego. Nie miał pojęcia, która może być godzina, ale był pewien, że jest zdecydowanie za wcześnie na jakiekolwiek rozmowy. Zmrużył oczy, bo blask rozświetlonego wyświetlacza poraził jego wzrok. Uchylił delikatnie jedną powiekę i dostrzegłszy kto się do niego dobija, wyciszył dźwięk. Nie po raz pierwszy stwierdził, że wśród znanych mu osób nie ma przyjaciół, są tylko hieny czekające na rozlew krwi. Tylko czemu, do diabła, miała być to jego krew? Zapalony wyświetlacz sygnalizował, że sęp nadal próbuje się do niego dodzwonić. Nakrył głowę poduszką i spróbował na powrót usnąć. Gdy prawie mu się to udało, w przedpokoju rozległ się dźwięk automatycznej sekretarki. Zaciekawiony nadstawił uszu. Tylko trzy osoby znały jego domowy numer: matka, która nie uznawała czegoś tak oczywistego jak komórka i uwielbiała zarzucać mu, że nie odbiera jej połączeń; Bolo, który dzwonił na numer domowy tylko wtedy gdy miał poważne kłopoty i jego siostra, Anna. Kilka sekund oddzielających sygnał połączenia od monologu rozmówcy, wydało się Ziggy’emu wiecznością. Jeszcze nim usłyszał głos, wiedział, że to żadna z powyższych osób.
–– Viegra, do cholery, muszę porozmawiać z tobą o Popielisku… Chociaż dzielą mnie od ciebie prawie dwa kilometry, to jestem pewien jak własnego nazwiska, że jesteś teraz w domu i wyciszyłeś telefon w tej samej sekundzie, w której rozpoznałeś mój numer. Dlatego dzwonię na domowy, który swoją drogą powinieneś bardziej ukrywać jeżeli nie życzysz sobie telefonów przed szóstą rano. Wracając do Popieliska…
Ziggy odłączył telefon i wrócił do sypialni. W środku cały się trząsł. Pierwszy raz od dwóch tygodni miał wolny dzień. Nie rozumiał dlaczego musiał się on zacząć o piątej trzydzieści. Za każdym razem gdy ten zarozumialec Zabini próbował się z nim skontaktować, obiecywał sobie, że tym razem będzie nad sobą panował. Jak na razie bez skutku.
Próbował odpędzić od siebie irytujący głos, który szeptał mu, że Zabini mógł odkryć coś ważnego i powinien go chociaż wysłuchać. Dokonał w myślach pobieżnego przeglądu spraw wymagających ukończenia i stłumił przeraźliwe ziewnięcie. Nie, nie będzie angażował się w sprawę, która przysporzyła mu tyle upokorzenia. Zabini tym razem będzie musiał odpuścić. Ale Ziggy czuł, że on się nie podda. Był tak nieznośnie uparty. Pamiętał pierwsze spotkanie z nim , gdy okazało się, że to on ma zająć się sprawą morderstwa w Popielisku. Nie pytany wyłapał wszystkie pozornie nieistotne szczegóły, wykazując się inteligencją i wiedzą, której Ziggy wyraźnie mu zazdrościł. Bez mrugnięcia okiem potwierdził alibi jednego z podejrzanych –– fotografię, na której osoba stała przy wejściu do kościoła –– wyjaśniając, że zdjęcie musiało zostać zrobione rano, a nie po południu jak wskazywał nachalnie wytłuszczony datownik, jego zdaniem sfałszowany. Viegrze dojście do takiej konkluzji zajęłoby kilka godzin, a stwierdzenie, że kościół z całą pewnością jest gotycki –– co było przecież kluczowe –– kolejne kwadranse. Z niemym podziwem obserwował, jak czarnoskóry mężczyzna zadaje pytania, na które odpowiedzi bezlitośnie obnażały prawdę, jednak gdy Ziggy prawie mu uwierzył we wszystkie wyjaśnienia, Zabini stwierdził, że to jeszcze o niczym nie świadczy i zostawił go z mętlikiem w głowie. Bez mrugnięcia okiem wyłuszczył szczegóły zadzierzgnięcia pętli na szyi ofiary, co najprawdopodobniej wskazywało na pomoc osób trzecich w popełnieniu samobójstwa i nie chciał odpuścić, gdy Viegra próbował mu wytłumaczyć, że wszystkie przedstawione dowody są wystarczające, by sporządzić choć jeden akt oskarżenia.
***
Blaise Zabini z niechęcią odłożył słuchawkę telefonu. Ten idiota, Viegra, tylko mu przeszkadzał. Postanowił na chwilę wrócić jeszcze do łóżka i spróbować zebrać wszystko czego się dowiedział w jedną całość. W tym domu działo się wiele. Za wiele jak na jego nos, a mieszkańcy Popieliska mieli wrogów nie tylko wśród obcych. Zastanawiała go nienawiść tego pajaca, Viegry, ale nad tym nie chciał zbyt wiele się rozwodzić. Zamknął oczy, ale jego mózg pracował na najwyższych obrotach. Niestety jego myśli niepostrzeżenie powędrowały w niepożądanym kierunku. Alex. Cóż to za dziwaczne imię przybrała Ginny. Zawsze była indywidualistką, ale żeby się zmienić w takim stopniu?
Gdy po kilku przypadkowych spotkaniach w szkole zaprosił ją po raz pierwszy na randkę, nie kryła zdziwienia. Była bystra i umiała to wykorzystać. Jeżeli tego od niej wymagano, stawała się duszą towarzystwa i niepoprawną plotkarą. Nigdy nie dawała odczuć, że uczepiła się kogoś w jakiś szczególny sposób. Ona po prostu obserwowała każdego i wyciągała wnioski. Zawsze wiedziała, kto z kim sypia lub kto niebawem dostanie kosza. Jeśli jakaś Krukonka pokłóciła się ze swoim chłopakiem poprzedniego wieczoru, Ginny rano już wiedziała i czekała na nią z pudełkiem czekoladowych żab i paczką chusteczek. W przypadku gdy poszkodowanym wydawał się facet, proponowała kremowe piwo i intensywny trening na miotle. Z każdym się przyjaźniła, nie szczędząc wysiłku, by podtrzymać nawet najmniej istotne znajomości. Dostrzegała wszystko, od ludzkich słabości, po ich mocne strony. W jednej chwili potrafiła ustalić jak czyjąś siłę zamienić w porażkę i odwrotnie. Gdy z tobą rozmawiała, zmuszała do uważnego patrzenia na nią choćby tylko po to, by zdać sobie sprawę, że zaplanowana linia obrony jest do niczego. Zawsze go ciekawiło, czy Potter poznał ją od tej strony. Ginny była osobą, którą się kocha lub nienawidzi, a Blaise nim się zorientował, zaczął zaliczać się do pierwszej grupy.
Gdy się rozstali, starał się więc unikać jej jak ognia. Nie odbierał sów, nie chodził w miejsca, gdzie mogła przebywać, a widząc ją z daleka, przechodził na drugą stronę ulicy. Nie chciał mieć z nią nic wspólnego. Jednak teraz złośliwy los nie chciał pozwolić mu rzucić się w otchłań zapomnienia. Poranna ciszę rozdarł przytłumiony poduszką dźwięk jego komórki. Zaciekawiony spojrzał na wyświetlacz. Granger. Cholera.
Hermiona od wczoraj nie dawała mu spokoju, bombardując go dziesiątkami sms’ów, twierdząc, że w zamian za nieznaczne milczenie, jest w stanie mu trochę pomóc. Zabini wiedział, że wszystkim zależy na jak najszybszym zamknięciu sprawy i pozbyciu się jego z ich codziennego życia, ale jeszcze nikt, z wyjątkiem ciotki Muriel, nie zaproponował mu pomocy.  Atmosfera w Popielisku była tak napięta, że tylko głupi nie zorientowałyby się, że ten balon fałszu niebawem pęknie i wyleje się z niego niezłe szambo. Blaise nie odkrył jeszcze wszystkiego, bo sprawa morderstwa wpłynęła do jego podświadomości i rozsiadła się w niej na dobre, stukając uporczywie niczym deszcz o metalowy parapet, ale nim wyjedzie miał zamiar poznać całą prawdę, tak skrzętnie skrywaną przez mieszkańców domiszcza.
Przekręcił się na drugi bok, przeklinając w duchu Granger i jej upór. Czego ona mogła się dowiedzieć? Przecież to on jest cenionym detektywem. Niechętnie stwierdził, że nie jest w stanie na powrót usnąć. Przeklęte babsko. Usiadł na łóżku i odrzucił w bok kołdrę. Położył ręce na głowę i rytmicznie zaczął masować pulsującą skroń. Niechciane obrazy zaczęły przesuwać mu się przed oczami: raport patologa, dane biometryczne, zdjęcie ciała ofiary, pojedyncze odpowiedzi świadków. W tej sprawie było coś, co od początku go niepokoiło. Gabriela Parker była martwa, ale jej życie nadal pozostawało tajemnicą. Wersja jaką przedstawiali mieszkańcy Popieliska, nie pokrywała się z tym co mówili jej znajomi. Sam fakt, że osób które z całą pewnością mogły się wypowiedzieć o Parker, było niewiele, wydawał się dziwny. Jakaś średnio rozgarnięta koleżanka ze studiów, którą spotkał pierwszego dnia w kawiarni; były chłopak; dwie starsze kobiety, które regularnie odwiedzała by pomóc zrobić zakupy i to by było na tyle. Strasznie mało jak na osobę dwudziestosiedmioletnią i całkiem atrakcyjną. Każda z tych osób powiedziała o denatce coś, co nie pasowało do reszty zeznań, ale mimo ogromu wysiłku, nikomu nie udało się połączyć tego w spójną całość. Obraz jaki malował się przed oczami policji, był mglisty i urywany.
Blaise wstał, założył wczorajszy podkoszulek i usiadł przy laptopie, który mimo nieznacznych zakłóceń działał całkiem dobrze jak na miejsce w którym unosi się magia. Otworzył folder KRYPTOGRAFIA i odszukał kolejny oznaczony numerem sprawy Parker. Kliknął w plik ze zdjęciami i zaczął je dokładnie oglądać. Potem przejrzał zeznania wszystkich osób powiązanych w jakiś sposób ze sprawą, oraz przeczytał raport patologa. Kolejny raz miał wrażenie, że czyta o osobie mającej schizofrenię.
Przeklął pod nosem i zdecydował złamać swoje postanowienie. Wziął do ręki telefon, obrócił go w dłoni kilkakrotnie, po czym napisał sms’a: „Kiedy i gdzie?”
W oczekiwaniu na sygnał zwrotnej wiadomości, stwierdził, że zamówi pizzę. Recytując z pamięci ulubione składniki, usłyszał dźwięk odpowiedzi, która przyszła prawie natychmiast. Czyżby Granger wiedziała, że on się złamie?

***
Dwie godziny później Zabini siedział w parku na ławce i przyglądał się chłopcu rzucającemu patyk młodemu labradorowi. Dzieciak był tak zaaferowany swoim czworonożnym przyjacielem, że nie zwrócił uwagi na rozwiązane sznurówki swoich fioletowo-zielonych adidasów i właśnie wyrżnął orła na świeżo skoszonej trawie, ku uciesze psa, który natychmiast zaczął chłopaka lizać po twarzy, myśląc zapewne, że jego człowiek wymyślił nową zabawę. Blaise uśmiechnął się nieznacznie i spojrzał na zegarek, dochodziła czternasta.
Przez chwilę żałował, że nie potrafi być już tak beztroski jak obserwowane dziecko. Mało tego, nie potrafi cieszyć się pięknym, słonecznym dniem, który nie spędza, ślęcząc nad kolejną nierozwiązaną sprawą. Siedział na ławce, ledwie zauważając delikatnie dmuchający wiatr. Żwirową alejką przechadzały się matki pchające wózki z dziećmi, leniwie spacerujący emeryci i pojedyncze osoby w wieku zbliżonym do jego. Zaraz park zapełni się pewnie młodzieżą, która będzie biec wracając ze szkoły. W oddali zobaczył kobietę w cienkim, niebieskim kostiumie i na niebotycznie wysokich szpilkach. Szła szybkim acz niepewnym krokiem, zerkając dyskretnie dookoła. W ręku ściskała niewielką torebkę. Choć jej sylwetka wydała się Zabiniemu znajoma, to przeżył ogromny szok, gdy obserwowaną kobietą okazała się Granger, która z westchnieniem ulgi usiadła obok niego na ławce.
–– Nienawidzę wysokich obcasów –– warknęła, ściągając buty i prostując ściśnięte wcześniej palce. Zrobiła to z takim wdziękiem, że każdy stojący obok, uznałby, że robi najzwyklejszą rzecz na świecie. Zabini był bardzo ciekawy czy zdecyduje się na powrotny marsz po drobnych kamyczkach bez obuwia. Choć starał się na nią nie patrzeć, zauważył, że zrobiła coś z włosami –– były jakieś bardziej poukładane. –– No więc jesteś ––  stwierdziła, patrząc na niego wyczekująco. –– Nie bądź dziecinny, Zabini. Jeżeli wolisz, przejdziemy od razu do sedna. Dogadamy się?
–– Co masz konkretnie na myśli? –– Blaise starał się panować nad zaciekawieniem jakie ogarnęło go w momencie kiedy postanowił pójść Granger na rękę. Emocje jakie wzbudzała w nim ta sprawa, ciekawość tego co znalazła kobieta, plus niespodziewany bonus nadwyrężyły jego nerwy. Hermiona popatrzyła na niego badawczo i z torebki wyciągnęła mugolskiego pendrive’a.
–– Posłuchaj tych nagrań. Szczególnie ciekawie brzmi panna Mary i ten Jack. Uważam, że coś tu śmierdzi i nie jesteś to ty, Zabini.
        –– Co chcesz w zamian? –– zapytał mężczyzna, ignorując kiepski żart rzucony w swoją stronę. Kobieta spojrzała na niego ze szczerym zdziwieniem, jakby chciała powiedzieć „przecież wiesz”, ale w ostatniej chwili się rozmyśliła.
         –– Wymyśl coś –– warknęła. –– A o świadków się nie bój, starałam się być dla nich delikatna.
Zabini roześmiał się krótko, upominając w duchu. 
         –– Ty jesteś delikatna jak armia bolszewicka i doskonale zdajesz sobie z tego sprawę. Mogę ci zadać osobiste pytanie? –– zerknął na nią, starając się sprawiać wrażenie wyluzowanego.
         –– Zależy jak bardzo osobiste…
„Ostrożności nigdy za wiele” –– pomyślał sarkastycznie Zabini i zastanowił się jak ubrać swoje wątpliwości w słowa. Znał Granger na tyle, by wiedzieć, że nie mówi mu całej prawdy.
–– W co się znowu wpakowałaś? –– bardziej stwierdził niż zapytał. Hermiona wyraźnie się zmieszała, jednak starała się udać uprzejme zdziwienie. Zabini za dobrze ją znał, by się na to nabrać.
–– Ja?
–– Yhm… ty.
–– Nie wiem o czym mówisz –– Hermiona była wyraźnie speszona. Może nie przewidział takiego obroty sprawy? –– Muszę już iść –– odezwała się po chwili niezręcznego milczenia –– nie chcę, by ktoś zobaczył nas razem. Rozumiesz, dla dobra… ehm… nas obojga. Jak przesłuchasz materiały, daj znać –– powiedziała, wstając i strzepując z kostiumu niewidzialne pyłki. Założyła niezdarnie buty i szepnęła: –– Tylko skorzystaj może z telefonu.

Blaise siedział, patrząc na oddalającą się szybko kobietę i dopiero gdy prawie zniknęła w skręcającej alejce, dotarło do niego co powiedziała. Na razie nie wiedział co ma o tym myśleć. Schował pendrive’a do kieszeni spodni i również wstał. Jego dzień nie był taki jakim go sobie zaplanował i nie chciał się jeszcze skończyć.

***
Szła szybkim krokiem, rozglądając się nerwowo na boki. Sprawa Parker ustawicznie szarpała jej nerwy. Wczoraj, po przyjściu do pracy, dostała tajemniczą wiadomość, zostawioną przez kogoś w recepcji jej firmy. Nikt nie umiał powiedzieć kiedy i skąd się tam wzięła. Hermiona sprawdziła nawet zapis z monitoringu, jednak nie znalazła nic, co by wskazywało na konkretną osobę. Doręczyciel wiadomości musiał przyjść kilka dni wcześniej, bo nagrania z kamer kasowały się po trzech dobach, a pomimo tego, że przy wejściu kręciło się naprawdę sporo osób, żadna z nich nie zostawiała pojedynczej koperty. Hermiona nie chciała wzbudzać podejrzeń zbyt dużą dociekliwością, ale uważała, że jedną taką wiadomość z powodzeniem można by wysłać pocztą i na pewno byłoby to mniej rzucające się w oczy. Ale co jeśli właśnie o to chodziło, by nie mogła do przesyłki dopasować konkretnego czasu i rejonu? Sama wiadomość zawierała dwa wycinki starej, lokalnej gazety i kilka słów złożonych z wydartych liter. Nawet się roześmiała widząc to po raz pierwszy, uważając, że ktoś naoglądał się zbyt wielu mugolskich seriali. Jednak gdy przeczytała całość, nie było jej już do śmiechu. Porozdzierana gazeta była w kilku miejscach zbyt wyblakła, jednak do zrozumienia wystarczył kontekst reszty tekstu. Teraz zastanawiała się, czy powinna Zabiniemu pokazać te wycinki, bała się jednak, że nim złoży dwa do dwóch, ostatnie ślady zostaną zatarte. W przeciągu kilku ostatnich dni, miała nieustanne wrażenie, że ktoś ją obserwuje. Nie była osobą, która łatwo panikuje, ale czuła się naprawdę niekomfortowo. Nie umiała określić dlaczego, ale bardzo zależało jej na tym, by znaleźć zabójcę tej kobiety i pozbyć się Zabiniego ze swojego życia, w które wszedł dzięki Muriel.
Postanowiła wstąpić jeszcze do biura. Przed spotkaniem z Zabinim wysłała dwie kompleksowe analizy zamówień rozkapryszonych młodych panien i teoretycznie powinna mieć spokój do końca tygodnia, ale coś podpowiadało jej, że powinna jeszcze raz sprawdzić wszystkie dokumenty jakie zebrała. Nie wiedziała, co się właściwie działo, ale czuła, że coś jest nie tak jak powinno. Weszła szybkim krokiem do budynku i skierowała się od razu do windy, która ją wchłonęła razem z kilkoma innymi pracownikami. Na drugim piętrze wsiadło starsze małżeństwo i kobieta z dzieckiem. W windzie zrobiło się dosyć tłoczno i gdy do środka wszedł jeszcze korpulentny facet z papierowym kubkiem wypełnionym kawą i dużym preclem w dłoni, wszyscy jęknęli. Hermiona wiedziała, że jazda na dziesiąte piętro o piętnastej trzydzieści jest nie najlepszym pomysłem, bo nim zdążą ruszyć, już są ściągani na dół by zabrać kolejnego pasażera. Winda meandrowała we wnętrznościach budynku, stopniowo wypluwając kolejne osoby do chwili, gdy pozostało w niej tylko dwoje ludzi. Hermiona uporczywie wpatrywała się we wnętrze swojej torebki, w której szukała bliżej nieokreślonej rzeczy. Wiele by dała by uniknąć spotkania z Ziggy’m Viegrą, przygłupim policjantem, który dosiadł się chwilę temu i właśnie w tej chwili postanowił gapić się na nią wyjątkowo ostentacyjnie. Nie miała ochoty udawać uprzejmej w stosunku do człowieka, który podejrzewał ją o morderstwo.
— Przegapił pan swoje piętro — odezwała się, podkreślając wypowiedź naciśnięciem guzika z symbolem piątego piętra. Twarz Viegry rozjaśniła się rozanielonym uśmiechem, co było niezbyt optymistycznym sygnałem tego, jak bardzo czekał na jej reakcję.
— Prawdę mówiąc, wybierałem się akurat do pani — opowiedział, naciskając przycisk zamykający drzwi.
Jako że w pomieszczeniu nie było akurat nikogo poza nimi, Hermiona pozwoliła sobie na wybuch.
— Na miłość boską, kiedy pan wreszcie zrozumie, że nikt z nas nie ma z tym zabójstwem nic wspólnego?! Jest pan równie głupi, jak niski.
Hermiona nie wierzyła, że naprawdę to powiedziała. Jej zmęczenie musiało być większe niż przypuszczała. Ignorując rozbawiony chichot Viegry, wystrzeliła z windy i przyspieszając jeszcze kroku, podążyła w kierunku drzwi swojego biura. Tak bardzo przeklinała to miejsce, które kumulowało jej interes z miejscowym posterunkiem policji. Otworzyła błyskawicznie drzwi, zamierzając wśliznąć się do środka i zatrzasnąć je przed ciekawskim nosem Ziggy’ego, jednak ten okazał się zbyt szybki. Zdążył wcisnąć się w ślad za nią, po czym opadł na krzesło przed jej biurkiem. Hermiona westchnęła zirytowana i uniosła ostrzegawczo brew. Nie dość, że spotkanie z Zabinim wytrąciło ją z wcześniej wypracowanej równowagi, sprawy z Ronem zaczynały się komplikować, to jeszcze ten pajac nie zamierzał odpuścić.
Viegra nie zwracając uwagi na jej groźne milczenie, zapytał:
— Może napijemy się kawusi?
Hermiona od wczoraj wlała w siebie taką ilość kofeiny, że na samą myśl o kolejnej dawce jej żołądek zareagował bolesnym skurczem. Potrząsnęła nerwowo głową, chcąc wykrztusić z siebie protest, ale głos ją zawiódł. Z zaskoczeniem stwierdziła, że chyba ma migrenę.
 — W takim razie herbaty — ucieszył się Ziggy i podszedł do czajnika elektrycznego, który stał na bocznej szafce. Hermiona była tak zaskoczona bezczelnością mężczyzny, że nawet nie zareagowała. Na blacie przed nią pojawiły się dwie porcelanowe filiżanki, dobrany wzorem imbryk oraz cukiernica i talerzyk z plastrami cytryny.
— Przepraszam za to najście. Ale nie możemy rozczarować ludzi, prawda? Oczekują od nas powodu do plotek. Spytałem więc sam siebie: „dlaczego odmówić im przedstawienia?” Napełnić pani filiżankę? — zapytał grzecznie. — Lubi pani dość mocną herbatę, prawda? Ja również — dodał, nalewając odrobinę naparu na dno naczynia w celu sprawdzenia koloru przed uzupełnieniem naczynia wrzątkiem.
Przez jedną niezwykłą chwilę Hermiona czuła się nawet wzruszona, zarówno jego przeprosinami, jak i zaoferowaniem herbaty. Szczęśliwym zrządzeniem losu niemal natychmiast odzyskała rozum i zmierzyła Viegrę nienawistnym wzrokiem. Wiedziała, że nawiązywał do plotek na jej temat, jakie pojawiły się zaraz po tym, jak prasa zaczęła rozwodzić się o tajemniczym morderstwie w Popielisku.
— Czego pan chce? — odezwała się szorstko, uprzytomniając sobie, że jej dzień i tak jest napięty do ostateczności, bez wliczania trwającej pewnie z godzinę beztroskiej paplaniny z Viegrą. W tym tempie z pewnością kolejny raz nie da rady wyjść do domu przed północą, co da wynik pięciu wieczorów zmarnowanych na pracę w tym tygodniu. — Jeśli chodzi panu o śledztwo, to proszę zabrać swój tyłek z mojego krzesła i zniknąć.
— Odrobina cytryny i jedna płaska łyżeczka cukru? — zapytał drwiąco ignorując jej zdenerwowanie. Ton jego głosu mówił wyraźnie, że doskonale wiedział, jaką herbatę pija Hermiona. Tak dogłębna znajomość jej zwyczajów utwierdziła ją w przekonaniu, że Viegra przygotował się do tej rozmowy. W sumie nie powinno jej dziwić, że zasadę: bądź blisko z przyjaciółmi, a z wrogami jeszcze bliżej, wyznaje nie tylko ona. Jednak wiedza o jej preferencjach dotyczących herbaty była niechybną zapowiedzią nadciągającej katastrofy. Wyciągnęła z torebki paczkę Vogów i walcząc z ochotą sięgnięcia po różdżkę, zapaliła jednego ignorując zmarszczony nos Viegry.
— Nie, śledztwo nie jest tematem naszego dzisiejszego spotkania. Chodzi o sprawę… raczej prywatnej natury.
Hermiona westchnęła i uniosła kąciki ust w niewinnym uśmieszku, poprzedzającym długie i głębokie zaciągnięcie się dymem.
***
Zabini po spotkaniu w parku nie wrócił od razu do Popieliska. Mimo, że miał zapewnioną tam prywatność, nie ufał wścibskiemu nosowi Muriel. Wszystko to co działo się od wczoraj, wprawiło go w niezdrową ciekawość, z którą postanowił walczyć. W drodze powrotnej wstąpił więc na wczesnego drinka, by poukładać sobie wszystko w głowie. Z jednej strony nie mógł się doczekać odtworzenia tego, co Granger mu przekazała, a z drugiej nie mógł zdecydować, czy na pewno chce zaryzykować wszystko co do tej pory osiągnął. Wzruszył ramionami i oblizał wysuszone usta. Z tylnej kieszeni materiałowych spodni powoli wyjął trochę zgniecioną paczkę papierosów i przesunął się nieznacznie, by barman mógł przypalić jednego z nich.
Siedział tak dobrą godzinę, ważąc wszystkie za i przeciw, aż wreszcie postanowił odsłuchać materiały z pendrive’a. Przesiadł się w zaciszny kąt sali i włączył laptop.
„–– Nie umiem tego wytłumaczyć. Widziałam ją już kilkakrotnie. Na początku myślałam, że mam jakieś przywidzenia, jednak teraz jestem właściwie pewna. Pomyśli pani, że ześwirowałam ze starości, ale to nieprawda, choć przyznaję, że był moment, że sama tak myślałam, bo do tej pory nie wierzyłam w duchy. Gabrysia była taką miłą dziewczyną. Cicha, spokojna, bardzo pomocna. Rozumiałyśmy się bez słów. Wie pani, ja wyczekiwałam tych spotkań z nią. Robiła mi zakupy, pomagała ogarnąć dom, który zaczął żyć własnym życiem. Z czasem zbliżyłyśmy się do siebie. Niewiele mówiła, ale wyczuwałam, że ma jakieś problemy w domu. Wie pani, jej mama zmarła jak Gabriela była jeszcze dzieckiem. Wychowywał ją ojciec, ale… nie wiem, wydaje mi się, że im się nie układało. To bardzo zasadniczy człowiek. Wiem, że nie był zadowolony z moich spotkań z Gabrysią. On ma zapędy antysemickie, a jak pani się domyśla, jestem pochodzenia żydowskiego. Dla Gabi nie miało to żadnego znaczenia, zresztą jak dla większości naszych sąsiadów, ale stary Parker jest indywidualistą. Nie, nie jest groźny, to po prostu dziwak. Odkąd pamiętam, chorobliwie strzegł Gabrieli. Nigdy nie pozwalał jej na bywanie w towarzystwie, jak to mówiło się za moich czasów. Gabrysia wyrosła na piękną dziewczynę, ale nigdy nie potrafiła podkreślić swojej urody. A może nie chciała? Wiele razy mówiłam jej, żeby założyła na siebie inne ciuchy, by pomalowała trochę usta, wie pani, żeby była bardziej kobieca. Wielokrotnie zastanawiałam się, kiedy ostatni raz była u fryzjera, albo kiedy kupiła sobie jakąś nową bluzkę. Nie znam okazji, przy których sięgała po szminkę lub zmieniała kolczyki. Jestem przekonana, że jej biustonosze nie posiadały skrawka koronki, a reszta jej bielizny otrzymałaby błogosławieństwo od mniszki z zakonu karmelitanek. Jednak jakieś trzy lata temu Gabrysia się zmieniła. Nie umiem powiedzieć, kiedy zdałam sobie z tego sprawę, ale czasami zachowywała się, jakby była inną osobą. Była bardziej niecierpliwa, niedokładna i… odważna. Oczywiście nadal było jej daleko do wyuzdania, które cechuje wasze pokolenie, jednak zaobserwowałam ogromna zmianę. Tylko bardzo zastanawiał mnie fakt, że te okresy swobody nachodziły i mijały bez wyraźnego powodu. Na początku myślałam, że się zakochała. Wie pani jak to jest, człowiek wtedy traci rozsądek i ciężko było wymagać od niej by nadal opiekowała się dwiema schorowanymi staruszkami, jakimi byłam ja i Helenka, ale obie odrzuciłyśmy te domysły. Jednak jedna rzecz niedługo przed jej śmiercią nas zaniepokoiła. Starsze panie, takie jak ja i Helenka, też mamy swoje tajemnice. Kiedyś byłyśmy serdecznymi przyjaciółkami. Pewnie pani teraz się zastanawia czemu ja to mówię, ale to ważne. Będzie już ze trzydzieści lat, jak pokłóciłyśmy się o jakąś głupotę. Dosyć powiedzieć, że nie znosiłyśmy się i żadna z nas pod groźbą pręgierza, nie przyznałaby się do tego, że zna tą drugą. Więc Gabriela z pewnością nie wiedziała, że my się przyjaźniłyśmy, a nawet jeżeli jej ojciec mógłby pamiętać o tym fakcie, to na pewno nie domyślała się, że się pogodziłyśmy po tylu latach gniewu. W życiu każdego człowieka przychodzi taki czas, że dawne nieporozumienia idą w zapomnienie i my właśnie taki czas przeżywamy. Któregoś razu przy herbatce, rozmawiałyśmy o zmiennym usposobieniu naszej Gabrysi i Helenka powiedziała coś, co mnie zastanowiło. Otóż Gabriela podobno odwiedziła ją trzy dni wcześniej, po południu. Wie pani, to nic dziwnego, bo my się z nią umawiamy o różnych porach, tak jak jej pasuje, ale akurat wtedy to ja prosiłam o wizytę, bo zależało mi na wyniesieniu słoików z przetworami do piwnicy.
–– Rozumiem. I co? Nie przyszła?–– rozległ się głos Granger.
–– Właśnie, że przyszła i to jest dla mnie zagadką. Oczywiście biorę pod uwagę, że Helenie pomyliły się dni, w naszym wieku nie jest to nic niezwykłego, jednak od tej pory starałam się ciągnąc przyjaciółkę za język i wie pani co? To nie była pojedyncza sytuacja!
Zabini przesunął suwak odtwarzania na początek nagania i raz jeszcze wysłuchał monologu Mery Blumenfeld. Zmarszczył czoło, nie rozumiejąc co właściwie usłyszał. Starsza pani widzi ducha zamordowanej Gabrieli Parker. No dobra, to było dosyć niesamowite, ale znowu nie takie niespotykane. Starsi ludzie mają różne pomysły. Zaniepokoiły go trochę informacje o zbieżności wizyt Parker u swoich podopiecznych, ale przecież nie było dowodu na to, że pani Helenie faktycznie nie przestawiły się daty. Blaise też czasami gubił się, rozmyślając o zeszłym tygodniu, a już dni minionego miesiąca na pewno by nie rozróżnił. W folderze były jeszcze trzy nagrania opatrzone nazwiskami pozostałych osób, jakie w jakiś sposób były łączone ze sprawą. Postanowił odsłuchać plik oznaczony imieniem i nazwiskiem chłopaka zamordowanej dziewczyny.
–– Nie wiem czy chce z panią rozmawiać. Wszystko co wiem, powiedziałem już policji –– rozległ się wystraszony głos młodego mężczyzny. Blaise znał go ze zdjęć załączonych do sprawy.
–– Zadam ci tylko kilka niezobowiązujących pytań. Mówiłeś, że z Gabrysią znaliście się od trzech lat i od półtora roku chodziliście ze sobą. Jak się układały wasze relacje?
–– O co właściwie pani pyta?
–– Próbuję ustalić jaka była Gabriela, kiedy spotykała się z panem.
–– Gabi była wspaniała, ale strasznie dziwaczyła. Proszę źle mnie nie zrozumieć, bardzo ją kochałem, ale czasami zachowywała się jak nienormalna. Pierwsze pół roku było bardzo spokojne. Spotykaliśmy się w większości po zajęciach. Ona nigdy nie miała zbyt dużo czasu, bo opiekowała się dwiema starszymi kobietami. Kilkakrotnie sprzeczaliśmy się o to, ale w końcu pogodziłem się z tym, że muszę dzielić się nią z jakimiś babami. Rzadko widywaliśmy się u niej w domu, bo zawsze wtedy była jakaś spięta. Jej ojciec wielokrotnie serdecznie mnie zapraszał, ale Gabriela po takiej wizycie zazwyczaj wymyślała jakieś powody dla których nie mogę jej chwilowo odwiedzać.
–– Spaliście ze sobą? –– rozległ się łagodny głos Hermiony.
–– Słucham?
–– To chyba nie jest skomplikowane pytanie. Czy uprawialiście seks?
–– Nie –– głos chłopaka był wyraźnie niepewny i Zabiniemu zapaliła się czerwona lampka. Jeżeli dobrze pamiętał, to odpowiedź na to pytanie była w raporcie patologa, czemu Granger drążyła temat? Nie czytała raportu? To bardzo wątpliwe.
–– Jesteś pewien? –– zapytała kobieta rozluźnionym tonem.
–– Czy to jest ważne?
–– Ty mi to powiedz. Mogę cię zapewnić z całą mocą, że zabójstwo Gabrieli nie było na tle seksualnym. Innymi słowy nie została wcześniej wykorzystana w jakikolwiek sposób stanowiący podtekst tego rodzaju spraw, więc nie masz co się obawiać, że twoja odpowiedź będzie weryfikowana. Uznaj, że to moja ciekawość, chcę jak najlepiej poznać twoją byłą dziewczynę –– głos Hermiony był hipnotyzujący i Blaise wiedział, że chłopak musi mu ulec.
–– No dobra, zrobiliśmy to dwa czy trzy razy. Ale Gabrysia nigdy nie chciała o tym mówić. Rozumie pani? Gdy następnego dnia chciałem się zapytać jak jej było, to zawsze zbywała temat jakąś głupia odpowiedzią, jakby nie wiedziała o czym mówię. Kompletnie tego nie rozumiałem. Miała chwiejny charakter. Jednego dnia zapewniała, że z miłością chce poczekać aż do ślubu, mówiła, że nie jest gotowa, a dwa dni później rozebrała się przede mną i ujeżdżała tak, że brakowało mi tchu. Kompletna świruska.
–– Rozumiem. Czy Gabi lubiła podróżować? –– Hermiona sprawiała wrażenie, że wie czego szuka w odpowiedziach chłopaka.
–– Tak, nawet bardzo! Pamiętam jak podczas jednego ze spacerów złamała nogę. Paskudna sprawa, trzy miesiące chodziła w gipsie, ale nawet to nie powstrzymało ją przed wyjazdem do Berlina, który zaplanowaliśmy pół roku wcześniej.
Zabini wyłączył nagranie i postanowił natychmiast skorzystać z telefonu. Niech szlag jasny trafi jego przypuszczenia, musiał dowiedzieć się co tu jest grane. Kręcił się w kółko szukając zabójcy wśród mieszkańców Popieliska jak sugerowały materiały zebrane przez Viegrę, a tymczasem powinien skupić się na bliskich ofiary. Popełnił kardynalny błąd, na który mógł sobie pozwolić jakiś początkujący gryzipiórek, a nie doświadczony detektyw. Postanowił zadzwonić do swojego biura i poprosić o kilka bardziej szczegółowych danych. Po pół godzinie wykręcił ostatni z zaplanowanych numerów i z niecierpliwością oczekiwał na rozmowę.
–– Halo? Halo! Tak, dzień dobry. Rozmawiam z panią Mery Blumenfeld? Tu detektyw Zabini. Czy moglibyśmy się spotkać? Halo? Halo! –– Blaise słuchał pulsującego głośno sygnału, rozlegającego się z drugiej strony połączenia. Zatrzasnął ze złością swój notes i stwierdził, że czas wrócić do Popieliska. Zachowanie osób z którymi próbował się skontaktować, budziło w nim jeszcze większy niepokój. Żaden ze świadków z którymi rozmawiała Hermiona, nie chciał się spotkać prywatnie. Trochę zbyt wiele jak na zbieg okoliczności.
Zebrał swoje rzeczy i machając w podzięce barmanowi, ruszył złapać Granger w pracy. Jeżeli go pamięć nie myliła, to Gabriela Parker, o której czytał w raporcie patologa, nie nosiła na sobie śladów starych złamań i z pewnością umarła będąc dziewicą.




5 sierpnia 2016

Iluzjoniści IV


Rozdział IV
***
– Napijesz się herbaty, Ksenofiliusie? – zapytała Molly, widząc pana Lovegooda wchodzącego do jej kuchni.
– Z tobą zawsze, Molly – powiedział uśmiechając się nieznacznie i wyciągnął zza pazuchy butelkę brandy. Postawił ją na stole i zerknął sugestywnie na panią Weasley. Molly wiedziała, że pan Lovegood lubi herbatę z mocniejszą wkładką, ale martwiła się, że popija ją coraz częściej i coraz wcześniej. Nie chciała go jednak do siebie zrazić, więc nie komentowała tego faktu. Złościła się też, gdy Artur nazywał go „starym pijakiem”. Jej mąż niczego nie rozumiał, chodził do tej swojej ważnej pracy, a po powrocie z niej, znikał w warsztacie razem z Ginny i wspólnie grzebali po łokcie w smarach.
Molly nigdy nie rozumiała pasji swojego męża i przez myśl jej nie przeszło, by chociaż spróbować tego dokonać. Całe życie poświęciła rodzinie. Gdy niecałe dwa lata po ich ślubie okazało się, że jest w ciąży, była najszczęśliwszą osobą pod słońcem. Trwała wojna, która z miesiąca na miesiąc przybierała na sile, jednak  mimo strachu o przyszłość swojej rodziny, cieszyła się z narodzin syna. Wokół szalały zamieszki, nikomu nie można było ufać, a ona była niewzruszona z maleńkim zawiniątkiem przy piersi i czuła rozpierające szczęście. Następne lata rozróżniała tylko dzięki swoim dzieciom, które zmuszały męża do poświęcenia rodzinie więcej czasu. Pamiętała ten okres jako pasmo lęku. Artur był niesamowicie uparty w dążeniu do sprawiedliwości. Nawet go rozumiała. Wiedziała, że chce walczyć o lepsze jutro, ale nie mogła uwierzyć, że nie dociera do niego fakt, że dla nich żadnego jutra nie będzie, jeżeli on wstąpi do Zakonu Feniksa. Jej bracia, Gideon i Fabian, codziennie ryzykowali swoje życie, codziennie wychodzili z domu nie wiedząc, czy jeszcze do niego wrócą. Ona nie mogła sobie pozwolić na utratę Artura, więc może trochę pochopnie, starała się o kolejne dziecko. To był jedyny argument, który był w stanie powstrzymać jej męża. Gdy urodził się Ron, wszystko się jednak zmieniło. Nie wiedziała czy to przez ilość maluchów czekających w domu na zmęczonego ojca, czy ona sama stała się kimś innym będąc zbyt zamkniętą na nowinki ze świata. Fakt był taki, że miedzy nią i Arturem doszło do konfliktu w wyniku którego on wyprowadził się z domu. Zamieszkał w pokoju nad Dziurawym Kotłem i do Nory wpadał tylko dostarczyć zakupy i pobawić się z dziećmi. Molly bardzo cierpiała. Sześciu chłopców, którzy mimo dziesięcioletniej różnicy między najmłodszym i najstarszym, wymagania mieli jednakowe. Wsparciem była dla niej Pandora Lovegood, która chętnie ją odwiedzała by odciążyć w codziennych obowiązkach. Państwo Lovegoodowie nie mieli dzieci, choć Pandora bardzo tego pragnęła i co miesiąc miała nadzieję, że tym razem się uda.
– Nie wiem o co chodzi z tymi dziecięcymi  stopami – zwykła mawiać wracając ze spaceru z kilkutygodniowym Ronem. – Zaczynam nabierać podejrzeń, że są z cieńszej skóry, dlatego czy to słońce, czy deszcz, czy trzydzieści stopni w cieniu, trzeba zakładać im skarpetki.
– Czasem myślę, że niektóre ciocie i babcie, na boku dorabiają w firmach produkujących skarpetki i stąd ten szeptany marketing – śmiała się wtedy Molly zdejmując niewygodne części garderoby z maleńkich stópek Rona. Tak mijały dni, tygodnie i miesiące.
Na początku lipca Lovegoodowie ogłosili szczęśliwą nowinę, Pandora była w drugim miesiącu ciąży. Początkową radość szybko stłumiły dolegliwości i postępujące niezadowolenie ciężarnej. Ksenofilius coraz częściej uciekał z domu pod pretekstem zasięgnięcia rady u Weasleyów, a w rzeczywistości rwał sobie włosy z głowy nie rozumiejąc zmian jakie zachodziły w jego żonie. Pandora o wszystko zrobiła się zazdrosna. Rzeczy do których wcześniej nie przywiązywała wagi, stały się nad wyraz istotne. Tłumaczenie Ksenofiliusa, że świata poza nią nie widzi zbywała niezbyt uprzejmymi argumentami, że jej brzuch nie jest jeszcze tak wielki, by przysłaniać mu świat. Lovegood był bezradny.
W tym czasie Molly była bardzo wdzięczna za jego towarzystwo, choć wolałaby, żeby Artur się opamiętał i wrócił do domu.
– Nie denerwuj mnie, Arturze – próbowała z nim rozmawiać za każdym razem gdy przychodził w odwiedziny do dzieci. A on na to ze stoickim spokojem odpowiadał, że stan jej ducha jest mu całkowicie obojętny. Bill i Charlie zorientowali się już, że miedzy ich rodzicami trwa konflikt, ale nie zadawali pytań. George i Fred powtarzali wszystkim, którzy chcieli ich słuchać, że tatuś ciężko pracuje i dlatego tak rzadko jest w domu. Dopiero jak Ron powiedział „ta-ta” w kierunku Ksenofiliusa, Artur się opamiętał. Molly nie tłumaczyła mu, że te dwa dźwięki są zupełnie przypadkowe, bo Ron był jeszcze zbyt mały by świadomie zwrócić się do kogokolwiek. Grunt palił jej się pod nogami, więc przełknęła dumę i postanowiła wykorzystać nieświadomość Artura.
Zbliżało się Boże Narodzenie. Okres świąteczny sprzyjał miłej atmosferze, dzieci wymuszały na Arturze częstsze i dłuższe wizyty. Po wielu próbach, pewnego grudniowego wieczoru doszli do porozumienia, ponownie znajdując siebie nawzajem.
– Dopadł cię gnębiwtrysk, Molly? – Dotarło do niej pytanie przyjaciela. Spojrzała na Ksenofiliusa siedzącego przy jej kuchennym stole i ze zdziwieniem stwierdziła, że przez tyle lat nic się nie zmienił.
– Wszyscy dziś w takim biegu, a ty? Nigdzie się nie spieszysz, mój drogi?
– Nie – roześmiał się Ksenofilius, nie przywiązując wagi do tego, że Molly nie odpowiedziała na jego pytanie.
– Czemu? – kobieta spojrzała na niego podejrzliwie, jakby oczekiwała jakiegoś oszustwa.
– Bo na mnie przecież nikt nie czeka – westchnął, przyglądając się uważnie swoim paznokciom.
– A Luna?
– Ona? Od kiedy ma stałą pracę, zrobiła się taka sardoniczna. Nie poznaję jej – westchnął jakby naprawdę było mu szkoda relacji z córką. – Wiesz? Czasami żałuję, że nie mam więcej dzieci.
– Och, to całkowicie zrozumiałe, ale zapewniam cię, że to nie taka prosta sprawa. Dzieci to odpowiedzialność i ciągły kompromis.
– Wam się udało, zawsze byliście taką zgraną parą.
– Doprawdy? – sarknęła Molly, nie mogąc powstrzymać uczucia irytacji.
– Mieliśmy o tym nie rozmawiać, pamiętasz? – Lovegood spojrzał uważnie w brązowe oczy przyjaciółki, w których czaił się ledwo zauważalny cień.
– Oczywiście, masz rację, Ksenofiliusie. Jestem taka niemądra. Bardzo cię przepraszam.
– Teraz nadzieja tylko we wnukach – westchnął Loveggod sięgając po filiżankę herbaty.
    – Na to bym nie liczyła – warknęła Muriel wchodząc znienacka do kuchni. – Obiekt westchnień Luny, jest poza jej zasięgiem.
– Cioci to się lubią trzymać żarty – roześmiała się Molly, notując w pamięci by porozmawiać z dziewczyną. Jeżeli ta stara plotkara się dowiedziała, to za chwilę będą wiedzieć wszyscy, a taki skandal może zaburzyć zbliżającą się uroczystość.
– Nie myl ślepoty z głupotą, moja droga. No, ale skoro już tu jesteście, to przydajcie się na coś i powiedzcie gdzie mogę znaleźć pana Zabiniego?
Ksenofilius wstał i szybko wyszedł z kuchni, nie mówiąc ani słowa. Molly przez chwilę wydawała się zdezorientowana, ale szybko się opamiętała i siląc na spokój odpowiedziała:
– A skąd ja to mogę wiedzieć? Jestem zajęta.
– Właśnie widzę – fuknęła Muriel odwracając się do pani Weasley i mrucząc pod nosem coś co brzmiało jak lafirynda.
***
Wschodzące jesienne słońce wpadało nieśmiało przez otwarte okno strychu. Sztalugi na których rozpięte były niedokończone płótna, wynurzały się z nocnego cienia, tworząc radosną mozaikę. Draco Malfoy czekał, aż słońce znajdzie się w odpowiednim punkcie, by móc usiąść do pracy. Teraz, stojąc w ciemnym kącie, powtórnie czyścił umyte już wcześniej pędzle, by upewnić się, że nieplanowane barwy nie zniszczą jego koncepcji. Uwielbiał spędzać tu nieliczne wolne chwile, choć towarzystwo mieszkające na niższych kondygnacjach pozostawiało wiele do życzenia. Nie przejmował się tym zbytnio, bo wszystko miało też swoje plusy. Z lubością wspominał co bardziej pikantne momenty na podłodze małego stryszku w którym znajdowała się jego pracownia. Regularne chwile uniesień z Ginny przynosiły mu nie tylko ulgę, ale i satysfakcję na myśl o tym, co by zrobił Weasley i Potter dowiadując się o nich. Nie spotykali się tu zbyt często, by nie kusić losu, ale dawka adrenaliny jaką zażywali w tych nielicznych momentach, potrafiła starczyć na długo. Wiedział, że dziś będzie mógł skupić się tylko na malowaniu, bo wczorajsza wizyta Ginny przeciągnęła się do późna w nocy. Tym bardziej zdziwił się słysząc szybkie kroki zmierzające wyraźnie do jego pracowni. Zamek szczęknął cicho i do pomieszczenia weszła niska osoba, tachająca pod pachą sporych rozmiarów, zwinięte w rulon płótno, a przed sobą pudło z którego wystawały tuby farb oraz nowe pędzle. Snop słonecznego światła sprawiał, że jej sylwetka była niewyraźna. Gdy odwróciła się by zamknąć drzwi, Draco nie wytrzymał i wyszedł z cienia.
– Już się stęskniłaś? – zapytał zmysłowym głosem i zaraz potem ugryzł się w język.
– Malfoy? Co ty tu robisz? – Hermiona upuściła delikatnie płótno trzymane pod pachą.
– O to samo ja mogę się zapytać, Granger. Jakbyś nie widziała, to pracuję i wolę by mi wtedy nikt nie przeszkadzał! – Draco szybko doszedł do siebie po nagłym zaskoczeniu.
– Właśnie słyszę – sarknęła Hermiona. – Zresztą, nieważne. No więc?
– Co "no więc"? – zdziwił się Malfoy.
– Co tu robisz? – zapytała przewracając oczami. Jej włosy były spięte w niedbałego koka na czubku głowy. Miała na sobie jasnoniebieską, jeansową koszule, której brakowało kilku guzików i białe spodnie zawinięte nad kostki.
– Ogłuchłaś? Mówię, że pracuję. Od kilku miesięcy wynajmuję to miejsce dwa razy w tygodniu by móc się zrelaksować.
– To się zdecyduj czy pracujesz, czy się relaksujesz. Nic o tym nie wiedziałam. Kto ci wynajął mój stryszek? – zapytała Hermiona mijając go i stawiając pudło na zagraconym stole.
– Jedno nie wyklucza drugiego, detektywie – powiedział dalej czyszcząc swoje pędzle. – Jak to, twój stryszek? Teraz to ja nic nie rozumiem.
– A niby taki inteligentny. Jakbyś nie zauważył, to jest moja pracownia – powiedziała podnosząc upuszczone wcześniej płótno. – Ostatnio nie miałam czasu tu przychodzić, ale to nie znaczy, że możesz w niej przechowywać swoje graty.
– No co się tak denerwujesz? Muriel nie mówiła nic o tym, że to twój azyl.
– Nie denerwuję się. Skąd ty znasz takie trudne słowa? – roześmiała się z litością w głosie.
– Nie bądź dziecinna – warknął Draco odkładając pędzel i nasączoną rozpuszczalnikiem szmatę.
– Ja jestem dziecinna? – zdenerwowała się Hermiona – To ty prezentujesz urażoną dumę!
– Dumę?  – zdziwił się Malfoy, bo przez chwilę stracił wątek.
– Ja na męskich chorobach psychicznych się nie znam, ale radzę wizytę u specjalisty. A teraz zejdź mi z drogi – powiedziała wymijając go i podchodząc do okna.
– Co? Ale zaraz! Nie możesz tu być, zasłaniasz mi światło!  – zawołał zdezorientowany rozwojem sytuacji.
– Słucham?
– Płacę za to pomieszczenie trzydzieści galeonów tygodniowo, nie odpuszczę!  – zaperzył się mężczyzna.
– Ja też nie mam zamiaru!
Oboje stali z założonymi na piersiach rękami i dyszeli ze zdenerwowania. W tym samym momencie rzucili się do wyjścia, by dopaść ciotkę Muriel i raz na zawsze wykurzyć się z pracowni. Nawzajem. W ciszy szamotali się przez chwilę, walcząc o pierwszeństwo. Nim zdołali otworzyć drzwi, na schodach rozległo się charakterystyczne skrzypienie, które nagle umilkło, jakby ktoś przystanął nasłuchując ich głosów.
– Jeżeli ktoś jeszcze idzie tu malować, to oszaleję – warknęła Hermiona wyciągając rękę do klamki. Draco powstrzymał ją w ostatnim momencie.
– Cicho, głupia – syknął. – Jak uważasz, co pomyśli ten ktoś za drzwiami, jak zobaczy nas tu razem?
– A co ma niby pomyśleć? – zapytała Hermiona i jej wzrok padł na zaróżowione policzki Malfoya. Sama lekko dysząc ze zdenerwowania i niemego wysiłku, czuła, że emocje jeszcze nad nią panują, a pozbawiona kilku guzików koszula nie była najlepszym świadectwem niewinności.
– Widzę, że zrozumiałaś – szepnął Draco.  – Teraz po cichu wycofaj się w ten kąt przy oknie, a ja pozbędę się intruza.
– W kąt… jasne. Masz racje, tam jest tak ciemno…
– Geniusz – syknął Malfoy. – A teraz przestań gadać i idź już.
Po drugiej stronie drzwi ktoś ruszył ostrożnie do góry, ale wcale nie zatrzymał się przy wejściu do pracowni, tylko poszedł dalej. Draco odczekał dłuższą chwilę i upewniwszy się, że kroki umilkły na dobre, machnął ręką na Hermionę, która ostrożnie, mijając różne kartony i skrzynie wydostała się z ukrycia.
– Któreś z nas musi stąd wyjść. Malowanie w takich warunkach i tak nie ma sensu – stwierdził rzeczowo Malfoy.
– Tyle to i ja widzę. Możesz zostać, ja pójdę znaleźć ciotkę Muriel – powiedziała Hermiona, kierując się ponownie do drzwi.
– O nie, tak łatwo ci nie pójdzie. Idę z tobą – warknął Malfoy.
– Niech ci będzie, ale chociaż wyjdźmy oddzielnie. Obiecuję, że na ciebie poczekam, słowo Gryfona.
– Wiesz co możesz sobie zrobić z tym…
Nie dokończył, bo Hermiona czym prędzej otworzyła drzwi i w pośpiechu zbiegła po schodach. Przeskakiwała po dwa stopnie, pędząc w dół, gdy z impetem wpadła na czającego się na półpiętrze Rona.
– Co ty tu robisz?! – zawołali jednocześnie. – Panie mają pierwszeństwo – dodał szybko Ron.
– Chciałam chwilę pomalować, ale pracownia jest zajęta – oburzyła się na nowo Hermiona, nie zauważając spojrzenia jakim Ron śledził górę schodów, bo sama rozglądała się nerwowo na boki. – A ty?
– Ja? – zapytał głośno Ron, co w Hermionie wzbudziło niepokój. – Ja właśnie szedłem cię uprzedzić, że w pracowni już jest…
– Wiedziałeś, że Malfoy wynajmuje moją pracownię?
– Kto?… Znaczy no -- szybko poprawił się Ron.
– Jak zwykle błyszczysz elokwencją. Ta stara wariatka mnie nie uprzedziła. Nie wiesz gdzie się teraz podziewa?
– O mnie mówisz, moja droga? – zapytała Muriel schodząc ze strychu.
– Ależ skąd, ciociu. Ona mówiła o… o kimś innym – zawołał Ron, ściskając mocno rękę Hermiony. Muriel zeszła jeszcze kilka schodków niżej i zatrzymała się tuż nad stojącą parą.
– Nigdy nie umiałeś kłamać, Ronaldzie. Idź teraz na strych, przygotowałam ci kilka skrzyń, które trzeba lewitować na dziedziniec, a ty moja droga choć ze mną. Ach, Ron, powiedz panu Malfoyowi żeby zajrzał do mnie na herbatkę.
– Co? – Ron stał z rozdziawioną buzią, patrząc podejrzliwie na ciotkę.
– Pan Malfoy, w pracowni, Ronaldzie – warknęła ciotka Muriel.
– A no tak, w pracowni. Oczywiście  – powiedział Ron i wymijając ciotkę, zaczął wspinać się na górę.
– Na co czekasz, moja droga?  –  Muriel zapytała Hermionę.  – Chodźmy gdzieś usiąść i porozmawiać. Może jestem starą wariatką, ale będziesz musiała to jakoś przełknąć.
– Oczywiście. Ja... przepraszam  – mruknęła Hermiona podążając za starszą kobietą do jej mieszkania. Weszły do zagraconego salonu. Młodsza z kobiet czuła się wyraźnie skrępowana. Nie lubiła ciotki Rona, ale to nie znaczyło, że chciałaby ją otwarcie urazić. Mieszkała pod jej dachem, a to do czegoś mimo wszystko zobowiązywało. – Ja naprawdę… – zaczęła niezręcznie, ale Muriel od razu jej przerwała.
– Nie przejmuj się, moja droga, jestem przyzwyczajona. Nim dołączy do nas pan Malfoy, chciałabym ci zadać jedno pytanie. Nie przeszkadzają ci kłamstwa Ronalda?
Hermiona przez chwilę nie wiedziała o czym jest mowa. W końcu takie niewinne kłamstewka zdarzają się każdemu, nie tylko jej narzeczonemu. Po prostu nie chciał robić ciotce przykrości, albo się jej wystraszył, co tak naprawdę było bardziej prawdopodobne. Wzięła głęboki oddech i zdecydowanie zaprzeczyła. Muriel zmierzyła ją badawczym wzrokiem
– Nie tego się spodziewałam, ale to wasze życie, więc skoro ci to pasuje... O pan Malfoy  – uśmiechnęła się do wchodzącego mężczyzny.  – Niech pan się rozgości.
Draco spojrzał wymownie na Hermionę i rozsiadł się w fotelu najbardziej od niej oddalonym.
– Nie czas na głupstwa, panie Malfoy – warknęła Muriel uchwyciwszy jego wzrok. Draco wyraźnie się zmieszał, ale nie miał odwagi zaprotestować, za bardzo zależało mu na pracowni i… jej walorach.
– No to o czym chcieliście ze mną rozmawiać? – widząc szybką wymianę spojrzeń dwojga młodych, roześmiała się i stwierdziła: – zastanawiacie się skąd wiem? Słyszałam o waszej wymianie zdań w mojej pracowni. Więc jak? Macie jakiś problem?
– Właściwie… – zaczęła Hermiona, ale Draco pospiesznie wpadł jej w słowo.
– Właściwie to nie, po prostu byliśmy zaskoczeni. Miejsca jest dużo, ja przychodzę tylko dwa razy w tygodniu, jakoś się podzielimy, nie ma obawy – paplał Draco dzielnie znosząc palące spojrzenie Granger.
– Tak myślałam – ucieszyła się ciotka Muriel, nalewając im herbaty, którą przed chwilą przyniósł skrzat. – Powiedzcie mi, moi drodzy, nie widzieliście dziś pana Zabiniego?
Hermiona automatycznie pokręciła głową, a Draco zakrztusił się łykiem napoju, który właśnie wziął do ust. Wszyscy doskonale wiedzieli, że nie trawił tego człowieka, a odkąd tamten pojawił się się w Popielisku, nie mógł zdzierżyć jego obecności. Jako jeden z nielicznych wiedział, że Zabiniego i Wesleyównę łączyło coś w przeszłości i fakt, że Blaise zaczął się znowu kręcić w pobliżu, był nie do zniesienia. Jak tak o tym myślał, to Ginny była obiektem zazdrości kochanka o jej byłego kochanka. Przykre, że nikt nie liczył się z Potterem, ani wtedy, ani teraz.
– A Pottera? – drążyła starucha, patrząc wymownie na Hermionę, która nagle wyraźnie zbladła. Malfoy spojrzał zaintrygowany na Granger. Wiele by dał, by móc w tym momencie użyć legilimencji, jej reakcja była zdecydowanie niecodzienna. – No trudno, to nie będę was zatrzymywać, z pewnością macie wiele zajęć. Cieszę się, że doszliśmy do porozumienia.
– Do jakiego porozumienia – warknęła Hermiona gdy już wyszli z mieszkania ciotki Muriell. – Co to miało być, Malfoy?
– Ciszej, wariatko – syknął Draco biorąc ją zdecydowanie pod ramię i prowadząc w stronę pobliskiego wykuszu. – Przecież wyraźnie dała do zrozumienia czyja jest ta pracownia. Jak zaczniemy się z nią kłócić, to wyrzuci nas oboje, a ja mam pewne… powody dla których chcę wynajmować właśnie to pomieszczenie.
– Tyle to się domyśliłam. Nie chcesz mi o czymś powiedzieć – szepnęła rozglądając się na boki i ignorując nadal zaciskającą się na jej przedramieniu dłoń mężczyzny.
– Tobie? – zdziwił się Malfoy.
– No tak, nie było tematu. Więc co proponujesz?
Draco zbliżył się jeszcze bardziej do Hermiony, tak że zapach trawy cytrynowej bijący od niego zrobił się bardzo wyraźny. Odsunęła się nieznacznie, opierając plecami o ścianę i wpatrując z przerażeniem w oczach na coś, co znajdowało się za mężczyzną.
– Nie przeszkadzajcie sobie – zakpił Zabini. Draco w jednej chwili puścił ramię Granger i obrócił się w stronę Blaise’a.
– Co masz na myśli, Zabini? – warknął Malfoy, mierząc intruza od stóp do głów.
– Chyba nie trudno wyciągnąć wnioski. Kto by pomyślał, wielmożny pan Malfoy i zwykła… dziewczyna – roześmiał się Blaise.
– Nie twój zafajdany interes – uniósł się blondyn, ale Hermiona złapała go za ramię.
– Nie warto, Draco, daj spokój.
Malfoy był tak zdenerwowany, że nawet nie zwrócił uwagi na chwilowo zmienioną formę ich relacji. Zabini spojrzał w oczy Hermiony i rzekł:
– Przekaż Potterowi moje kondolencje, nie ma chłopak szczęścia – odwrócił się i odszedł szybkim krokiem, a tym razem to Malfoy musiał powstrzymać Hermionę przed rzuceniem się na oddalajacego się mężczyznę.
– Przysięgam, że na do widzenia potraktuję go jakąś paskudna klątwą. Przysięgam – warknęła kobieta, poprawiając swoją koszulę.
– Możesz liczyć na moją pomoc, nigdy go nie lubiłem – roześmiał się Malfoy.
***
W tym samym czasie Ron stał zdenerwowany w kącie dużego strychu i próbował sobie wszystko poukładać w głowie. Muriel nie lubiła Hermiony, więc była szansa, choć bardzo znikoma, że nic jej nie powie. Ale co jeśli już to zrobiła? Co jeśli wszyscy się o tym dowiedzą.
     – Musimy z tym skończyć – rzekł patrząc na tonącą w porannym słońcu panoramę Devon.
– Rozumiem, spodziewałam się tego odkąd Muriel stąd wyszła. Myślisz, że nas wydała? – powiedziała Luna wstając ze starej skrzyni. Duży strych był mocno zaniedbany. W przeciwieństwie do małego stryszku, tu panował wieczny półmrok z którego wyłaniały się kształty dawno zapomnianych gratów. Muriel kilka razy udaremniła wyrzucenie kilku niepotrzebnych rzeczy, karząc przynieść je tutaj i spychając w studnię zapomnienia. Stare szafy, krzesła z powyłamywanymi nogami, komody z oderwanymi szufladami. Nikomu nie chciało się naprawiać tych przedmiotów. W powietrzu unosiła się delikatna mgiełka zapomnianej magii.
– Nie wiem, nie dała niczego po sobie poznać, ale nie była zaskoczona, że spotkała mnie i Hermionę.
– To ja jej powiedziałam o kłótni Draco i Hermiony w pracowni, bo pytała o krzyki zza ściany. Musiała czekać tutaj dłuższą chwilę, ponieważ ja idąc tu słyszałam tylko kilka zdań.
– Nie przejmuj się, może to świadczy o tym, że jednak nie ma zamiaru nas wydać, jeżeli spełnimy jej warunek i się rozstaniemy – Ron odwrócił się i podszedł do Luny. Przygarnął ją do siebie i zaczął kołysać w ramionach. – To tylko na jakiś czas. Niedługo sprawa morderstwa się wyjaśni, Zabini stąd wyjedzie, a ciotka zajmie się swoimi sprawami.
– Tak, masz rację. Teraz powinniśmy skupić się na pogodzeniu Harry’ego i Ginny, prawda? Ślub już za pasem, a oni ciągle się kłócą.
Po twarzy Rona przemknął ledwie zauważalny cień. Westchnął głęboko i wypuścił Lunę z objęć. Odszedł kilka kroków.
– Nie wiem już jak mam mu przemówić do rozumu. Jest taki uparty, a ja bym chciał, żeby był szczęśliwy.
– Wiem, Ginny też jest uparta. Czasami się zastanawiam, czy oni naprawdę powinni się pobrać. Jak myślisz?
– Nie jestem chyba najlepszym adresatem tego pytania, ja i Hermiona też się nie dogadujemy, a jednak chcę się z nią ożenić.
– I dlatego spotykasz się ze mną?
– Chcesz mi teraz zafundować umoralniającą gadkę?
– Nie, po prostu nie wszystko rozumiem – stwierdziła cicho Luna. -- Chodźmy już. Ja wyjdę pierwsza, a ty lewituj wreszcie te pudła o które prosiła Muriel.
– Masz rację, to idź – mruknął Ron wyjmując różdżkę.
    Luna popatrzyła ze smutkiem na mężczyznę, który przez pewien radosny moment był dla niej kimś ważnym i postanowiła porozmawiać z Hermioną. Nadal czuła, że nie zrobiła nic złego, na to zbyt dobrze znała pannę Granger, ale nie chciała już dłużej kłamać. Przynajmniej tyle była jej winna. Bała się, że Hermiona mimo wszystko będzie cierpieć, że już nigdy nie obdarzy jej zaufaniem, ale między nią i Ronem nie doszło jeszcze do niczego poważnego, może to wystarczy, by nie stracić przyjaciółki.