Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blog petrificus totalus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blog petrificus totalus. Pokaż wszystkie posty

4 września 2016

Co nam się zdarzyło VI

Witajcie po dłuuugiej przerwie. Właśnie zerknęłam na poprzedni rozdział i aż mi wstyd, że zostawiłam tę historię na prawie pół roku! Pisząc szósty rozdział, musiałam kilka razy wrócić do poprzednich części, by nie palnąć jakiejś gafy i dosyć ciężko mi było odnaleźć się w opisywanej rzeczywistości. Pewnie podobnie będę miała z drugą częścią Antidotum, którą teraz wypadałoby opublikować. Nie przedłużając zapraszam Was na nową część Cnsz oraz przypominam o głosowaniu w Dramione Awards Poland ANKIETA gdzie trzy moje opowiadania uzyskały nominację :)
P.S. Formatowanie mi się zepsuło, ale mam nadzieję, że mi wybaczycie :*


Część VI
***

        Patrycjusz siedział w niewielkim salonie, stukając palcami prawej ręki w oparcie pistacjowego fotela. Otaczały do starannie wyselekcjonowane przedmioty. Choć dobierał je razem z Kate w ciągu kilku minionych lat, teraz wydawały mu się nieodpowiednie. Nie wiedział dlaczego, ale wszystko w tym domu go irytowało. W ciągu ostatnich tygodni jego życie przybrało zupełnie nieoczekiwany obrót. Nic nie było na swoim miejscu, a jego niedoszła żona zupełnie to ignorowała. Prawdę mówiąc, to ona była największym powodem jego rozdrażnienia. Z dnia na dzień stwierdzał, że jest zwyczajnie dziecinna i niedojrzała. Do tej pory fascynowała go jej świeżość, lekkość i młodość, jednak ostatnio coraz częściej ogarniało go zniecierpliwienie. Kiedy ona dorośnie? – pytał sam siebie, widząc, jak Kate lekceważy jego rady. Zdecydował się nawet na kilka sesji z psychologiem, by zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Niestety bez skutku. Teraz miał zamiar zasięgnąć rady psychoterapeuty i zdecydować się nawet na jakąś dłuższą terapię, do której namówi również Kate. Podniósł głowę, słysząc otwierające się z głośnym szczękiem drzwi.
– No wreszcie! Gdzieś ty była?! Wszędzie cię szukałem! – krzyknął, zrywając się z fotela. Kate nawet nie spojrzała w jego stronę. Zamknęła za sobą drzwi, na powrót pogrążając przedpokój w mroku. Odwiesiła swój czerwony płaszcz na wieszak, zdjęła buty i dopiero wtedy podniosła wzrok na mężczyznę, który patrzył wyczekująco w jej stronę.

– W trasę sobie pojechałam – powiedziała znudzonym głosem. Była nienaturalnie spokojna i opanowana, jakby znajdowała się pod wpływem czegoś, o czym jej narzeczony nie chciał nawet myśleć.
– W jaką znowu trasę? – Patrycjusz stał wyraźnie zdezorientowany. Kate zawsze była trochę ekscentryczna, ale od śmierci swojej matki zachowywała się zdecydowanie dziwnie, nawet jak na nią. Ten czerwony płaszcz, który nosiła w trakcie żałoby, w sytuacji, kiedy doczesne szczątki Hermiony Granger nie spoczęły jeszcze w poświęconej ziemi, osobiście go obrażał.
– W widokową! – warknęła cicho Kate, mijając narzeczonego oraz ignorując jego zniecierpliwione spojrzenie. Weszła do kuchni i sięgnęła po kubek. Jedyne, o czym marzyła, to łyk ciepłej herbaty. Niechętnie obrzuciła wzrokiem zlew, w którym walały się brudne naczynia i resztki czegoś, co wyglądało jak kurczak.
– Czy ty możesz być przez chwilę poważna? – Patrycjusz zatrzymał się w drzwiach.
– Ależ oczywiście – odrzekła, odwracając się w jego stronę i opierając biodrem o kuchenny blat. – Nic innego nie robię, tylko jestem poważna. Czego ty właściwie ode mnie oczekujesz, Patrycjuszu? – Kate spojrzała zaintrygowana na narzeczonego.
Patrycjusz przeczesał włosy i podrapał się w czubek głowy. Kiedyś ten gest ją rozczulał, teraz tylko śmieszył.
– Sam już nie wiem – zaczął ostrożnie. – Może na początek powiesz mi, gdzie byłaś? Martwiłem się o ciebie.
Jeżeli Kate oczekiwała, że mężczyzna poprze swoje słowa jakimś ciepłym gestem, to musiała czuć się zawiedziona. Jednak to było dla niego typowe. Słowa, słowa…tylko słowa. Coraz częściej łapała się na tym, że jest wdzięczna piratowi drogowemu, który nie dopuścił do ich ślubu. Szkoda, że równocześnie zabrał jedyną osobę, która szczerze ją kochała.
– Niepotrzebnie – westchnęła Kate, wstawiając wodę w czajniku elektrycznym. Zachowuję się jak kompletny charłak – pomyślała. Spojrzała raz jeszcze na otaczające ją przedmioty: czajnik, dzbanek z zimną, przegotowaną wodą, ekspres do kawy, zmywarka. Wszystko takie zwyczajne. W tle szumiało źle nastrojone radio, a z pomieszczenia gospodarczego dochodził szum pralki. Niespodziewanie wezbrała w niej fala jakiegoś buntu. Poczuła, że jeżeli natychmiast czegoś nie zmieni, już nigdy w jej życiu nie wróci równowaga. Nie zastanawiając się dłużej, zostawiła oniemiałego narzeczonego i pognała do sypialni. Wiedziała, co powinna od dawna zrobić. Spod łóżka wyciągnęła drewnianą skrzynkę, na której wieku wykute były słowa „MY ESCAPE”. Otworzyła ją niecierpliwym szarpnięciem. Tu skrywała się jej wolność. Usłyszała, jak Patrycjusz wchodzi po schodach. Jego kroki były głośne i zdecydowane.

        – Wiedziałem, że do tego zmierzasz – syknął cichym, lecz twardym i oskarżycielskim tonem.

           – Karty ci powiedziały, czy Bóg objawił na kurczaku z rożna? – zakpiła Kate, chowając różdżkę do kieszeni spodni i słysząc z tyłu głowy ostrzeżenie Hermiony o zgubnych następstwach tego nawyku. Uśmiechnęła się do wspomnienia, w którym pośladek wujka Rona poważnie ucierpiał w starciu z różdżką umieszczoną w tylnej kieszeni jego tweedowych spodni. Jej życie byłoby o wiele łatwiejsze, gdyby Weasleyowie nie zdecydowali się wyjechać za granicę. Z zamyślenia wyrwał ją Patrycjusz, który wyraźnie odzyskiwał rezon po jej wcześniejszej uwadze. Szybko wyminęła go w drzwiach. Czuła, że przesadziła, ale miała tego dość! Czas na zmiany.

            – Nie podoba mi się, jak do mnie mówisz! – krzyknął mężczyzna, odwracając się za narzeczoną.

           – Jak nie mówię, również ci się nie podoba. Nie widzę różnicy – zauważyła Kate, kiedy dotarła do przedpokoju. Sięgnęła po wcześniej odwieszony płaszcz, założyła go i rozejrzała się za parasolką.
– Gdzie znowu idziesz? Przecież za trzy godziny zaczyna się pogrzeb! – Patrycjusz złapał ją za przedramię, próbując uzyskać jakąś racjonalną odpowiedź. Kate popatrzyła na jego dłoń zaciśniętą na rękawie płaszcza i zdecydowanie wyszarpnęła rękę z niewygodnego uścisku. Jej wzrok był pełen kpiny, gdy mówiła do narzeczonego.

– Nie panikuj, wrócę. Nasze pogrzeby wyglądają inaczej, niż się spodziewasz.

          – Nie zdawałem sobie sprawy, że czarodzieje to taka elita! – warknął Patrycjusz, w myślach parafrazując cytat z „Chatki Puchatka”. Im bardziej starał się zatrzymać Kate przy sobie, tym bardziej jej przy nim, kurwa, nie było! Postanowił uderzyć tam, gdzie wiedział, że najbardziej zaboli. – Prawdziwi siewcy Renesansu! Celebryci, cholera jasna! Więc co? Kościół to ich opera? A cmentarz to Broadway? Kodeks Tajności macie w serdecznym palcu, a mugole to tylko nic nieznaczący entourage?!
Kate patrzyła na niego wzrokiem, w którym chciał dojrzeć choć trochę skruchy, jednak czuł, że jego poszukiwania z góry skazane były na niepowodzenie. Nie mógł się zdecydować, czy robi to na nim wrażenie, ale wrodzona przyzwoitość, nie pozwoliła mu przyznać się do błędu popełnionego wiele lat temu. Z przerażeniem obserwował pojawiającą się wyrwę w swoim idealnym dotąd związku. Nie mógł dopuścić do tego, by Kate pokrzyżowała jego plany. Czuł ogarniającą go pustkę.

           – Co ty bredzisz? – odezwała się zdziwiona Kate, przyglądając mu się z odrobiną podejrzliwości. Patrycjusz nigdy nie był porywczy. Nie potrafił się nawet porządnie zdenerwować, zazwyczaj był…nijaki. – Zresztą, nieważne. Nie chcę teraz z tobą rozmawiać. Działasz mi na nerwy. Zawsze szukałam faceta, który będzie pasował do mojej osobowości…
– Spróbuj w szpitalu psychiatrycznym – warknął Patrycjusz, wychodząc do kuchni.


***


           W mieszkaniu Astorii Malfoy od kilku dni panowała przygnębiająca atmosfera, co oczywiście było dosyć zrozumiałe, biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia. Jednak Astoria wydawała się przeżywać tragedię w swój wyjątkowy sposób. Emocje, jakie nią targały, wyzwalały niepokój w jej synu i powodowały jeszcze większe zagubienie. Scorpius nie umiał zdecydować, co powinien robić. Właściwszym zachowaniem była żałoba po ojcu, czy żal za miłością, która nie zdążyła się nawet rozwinąć?
– Posłuchaj mnie Scorpiusie – odezwała się Astoria, spoglądając uważnie na syna. – Wiem, że jest ci ciężko. Nam wszystkim zresztą, ale jeżeli zależy ci na tej dziewczynie, to wyjdź z cienia. I nie chcę słyszeć farmazonów o przeszłości. Wchodząc w związek, na każdym etapie późniejszym niż czasy Hogwartu, żyje się ze świadomością, że nasz ewentualny partner ma jakąś przeszłość i teraźniejszość. Przecież to oczywiste! Nawet jeżeli najbardziej zwariowaną rzeczą, jaką zrobiła ta dziewczyna, to były zaręczyny z wieloletnim chłopakiem, nie możesz oczekiwać, że trzydziestolatka to tabula rasa!
– Kate ma dwadzieścia jeden lat, dokładnie tyle, co ja.
– To nie ma znaczenia. Próbuję ci powiedzieć, że jesteś śmieszny z tą swoją zazdrością o coś, na co nie masz wpływu. Weź się w garść mój chłopcze. Za trzy godziny pożegnasz swojego ojca i później możesz robić, co uważasz za stosowne. Czy jej matka została już pochowana?
– Nie mam pojęcia.
– Scorpiusie Severusie Malfoy! Jakim ty jesteś mężczyzną, skoro nie wiesz nic o swojej wybrance?
– Proszę cię, mamo – Scorpius patrzył w zaczerwienione oczy Astorii, nie rozumiejąc żaru, który pojawił się na jej obliczu. Jego matka raz jeszcze sięgnęła po kieliszek, który stał w zasięgu jej dłoni. Ostatnio często ją widział popijającą coś mocniejszego i może wzbudziłoby to w nim niepokój, gdyby nie miał własnych problemów. Dziwne zachowanie matki tłumaczył nagłą śmiercią ojca. Astoria, upiwszy dwa łyki, czknęła i usiadła, zapadając się w głębokim fotelu. Westchnęła przeciągle, postanawiając raz na zawsze rozprawić się ze swoją przeszłością. Jej syn miał właśnie zamiar stchórzyć. Tak jak kiedyś ona chciał poświęcić swoją miłość, nie wierząc w jej powodzenie. Co prawda szanse na zainteresowanie ze strony Kate Granger, były rzeczywiście znikome, jednak Astoria miała dość konfabulacji. Była zmęczona ukrywaną od ponad dwudziestu lat tajemnicą, która w jej mniemaniu kładła się cieniem na obecne życie Scorpiusa. Tylko czy da radę wyznać wszystko? Jej życie po raz kolejny znalazło się na ostrym zakręcie. Choć z Draco już dawno nic ją nie łączyło, to nigdy nie wyobrażała sobie momentu, w którym miało go naprawdę zabraknąć. To było cięższe, niż z początku myślała. Świadomość, że nie zapuka niespodziewanie do jej drzwi, że nie wpadnie rozgniewany, oczekując jakichś skomplikowanych wyjaśnień, dławiła ją od środka, sprawiając niewytłumaczalny ból. Nie chciała się do tego przyznać, ale kochała go dziwną, trudną, praktyczną miłością. Inną niż ta, którą kiedyś przeżyła, bardziej przyziemną, czasami wręcz trywialną, ale kochała i teraz gdy zabrakło tego jedynego, stałego punktu zaczepienia, czuła się zdezorientowana i nieszczęśliwa. Dobrze wiedziała, jak smakują łzy porażki, bo wylała ich już bardzo dużo. Tak dużo, że nikt nie musiał jej uświadamiać tego, co się rozpęta, gdy zdecyduje się wyznać prawdę. Kiedyś żyła tam, szczęśliwa i kochana – dziś tutaj, samotna i walcząca z zapomnieniem. Walka, jaką zamierzała podjąć, pociągnie za sobą ofiary, ale nie skrzywdzi już człowieka, któremu najbardziej winna była prawdę. Wiedziała, że dawna kobieta, jaką kiedyś była, jest tuż obok, w tym samym ciele, w tej samej duszy, ale nie mogła jej odnaleźć, nie miała na to siły. Chciała wierzyć, że nie jest podatna na puste mrzonki, że nie jest już naiwna, że nabrała pewności siebie, że się zmieniła. Jednak jej dotychczasowe ja dawało inne świadectwo. Pragnęła zatrzymać wskazówki czasu i wrzucić wsteczny bieg dla swojego życia. Była pewna, że gdy tylko bardzo będzie chciała, może stać się tą, którą kiedyś była. Znów będzie kochać, będzie marzyć i będzie mieć nadzieję. Taka była, zanim Draco zniszczył wizję jej przyszłości. To nie jego wina ani wina Granger. Teraz to rozumiała i chciałaby zrobić coś dla miłości, którą pogrzebali wiele lat temu. Jednak było już za późno. Teraz to oni zostali pochowani na dnie teraźniejszości, a ona mogła grzebać tylko w prochach. Jednak prawda musiała wyjść na jaw.
Popatrzyła ze zrozumieniem na Scorpiusa. Doskonale wiedziała, co czuje jej syn. Ona też żegnała swoją miłość i dziś zrobi to po raz kolejny, kto wie, czy nie potrójnie. Patrząc na to, co zostało z jej życia, powzięła pewne postanowienie i miała zamiar w nim wytrwać. Teraz albo nigdy. Nie chciała być dłużej sama, przyspawana na stałe do tego, co uważała za swoje. Sięgając pamięcią wstecz, z przerażeniem stwierdziła, że stała się emocjonalną kaleką, wypraną z uczuć amebą. Zaległa w gnieździe, jakie kiedyś uwiła, wchłonięta przez otaczającą ją rzeczywistość, której nie chciała zmieniać. Zastała siebie zakurzoną i wtopioną w zbudowaną przez siebie twierdzę nawyków, które nie miały żadnego sensu. Wiedziała, że jej czas powoli mija i nie da się tego zatrzymać, ale czuła, że jej serce nie ma jeszcze zmarszczek, ono nieśmiało wołało o opamiętanie. Pierwszy raz od wielu lat postanowiła go posłuchać. Poczuła się, jakby świat dał jej jeszcze jedną szansę, jakby otworzył dla niej dodatkowe przejście, dzięki któremu zweryfikuje swoje życie. Nie zamierzała tego zmarnować.


***


           – Ty przechodzisz jakąś dysfunkcję systemu motywacji czy co? – krzyknęła Hermiona patrząc z ukosa na Draco, który nie reagował na śmiałe poczynania grabarza. Granger z uznaniem stwierdziła, że miejsce pochówku tuż obok książęcej mogiły, jest godne jej zesztywniałych szczątków. Malfoy jednak stracił cały rezon. Od rana tryskał humorem, żartował z absurdu ich sytuacji, motywował Hermionę do wymyślnych starań względem ich córki i nagle ucichł. Kate do ostatniej chwili załatwiała pozwolenie na wcześniejszy pochówek Hermiony, nie mogąc wyjść ze zdziwienia, że jej matka miała od lat zarezerwowaną kwaterę na najsłynniejszym cmentarzu w kraju. Hermiona próbowała sobie przypomnieć, kiedy humor Draco się zmienił. Po głębszej analizie doszła do wniosku, że to coś, co wpłynęło na wspomnianą zmianę, musiało wydarzyć się w chwili ich rozłączenia. To Hermiona wpadła na pomysł, by ubłagać Dumbledore’a o chwilową separację ich astralnych ciał. Przemawiały za tym nie tylko względy praktyczne, ale i fakt, że oboje powinni nauczyć się sobie ufać, a ciężko sprawdzić nową nić porozumienia, mając drugiego człowieka zawsze w odległości kilku metrów od siebie. Albus, choć początkowo sceptycznie nastawiony, wyraził na to zgodę, dając im dwie godziny działania we własnym zakresie. Hermiona ze zdziwieniem stwierdziła, że brakuje jej nieustannego zrzędzenia Draco i nie mogła się doczekać, aż zda mu relację z tego, co udało jej się ustalić. Nie miała jednak ku temu okazji, bo Malfoy wrócił, wyglądając jak chmura gradowa i odpowiadał na jej pytania monosylabami – Malfoy, do cholery ciężkiej, powiesz mi, o co chodzi?
– Zważaj na słowa, jesteś na cmentarzu, na swoim pogrzebie – syknął, odwracając się w jej stronę.
– Ta farsa jeszcze się nie zaczęła, więc nie mów mi co mam robić – warknęła Hermiona, w duchu postanawiając się bardziej pilnować. Bawiło ją zachowanie Malfoya, ale w pewnym stopniu zaczęła się już niepokoić. Ostatnio ich relacje układały się bardzo przychylnie. Łapała się na myśli, że w innych okolicznościach byłaby w stanie raz jeszcze pokochać tego człowieka. Jego troska o syna i świeżo odkrytą córkę bardzo ją rozczulała i choć forma jej aktualnego istnienia nie pozwalała na głębsze przemyślenia i uczucia, czuła się dobrze w towarzystwie człowieka, który kiedyś był całym jej światem.
Draco patrzył na zmieniający się ostrzegawczo krajobraz.
– Jak na razie to ty próbujesz mówić mi co mam robić, ja milczę! – powiedział, starając się panować nad nerwami, które odczuwał wyraźniej niż ostatnio.
– No właśnie, milczysz – stwierdziła Hermiona. – Zaraz! Coś ty powiedział? Ja nigdy nikomu nie mówię, co ma robić!
– Akurat, zawsze musiałaś kimś dyrygować! – oburzenie Draco było teraz wyraźnie widoczne. Hermiona nie zamierzała mu ustępować. Znowu zachowywał się jak niedojrzały szczeniak, nie mówiąc, o co mu chodzi. Zupełnie jak w czasach ich młodości.
– Zamknij się! – krzyknęła, nie panując nad sobą.
– O widzisz? Znowu to robisz! – zakpił Malfoy, czując niesamowitą satysfakcję z faktu doprowadzenia Granger do szewskiej pasji.
– Ok, posłuchaj, albo lepiej rozejrzyj się dookoła, tego chcesz? – Hermiona zatoczyła wokół ręką, pokazując zmiany, jakie następowały wokół nich w zastraszającym tempie.
– Wiesz, że nie.
– Więc skończmy te uprzejmości. Za chwilę pojawią się żałobnicy i wiesz, że bez naszej pomocy rozpęta się tu prawdziwe piekło. Widziałam, że do kaplicy wniesiono dwa katafalki. Jak myślisz, co powiedzą nasze dzieci? Oni nie wiedzą, że będziemy chowani równocześnie?
– Wiem kim jest ukochana Scorpa – powiedział nagle Draco, nie zwracając uwagi na wywód Hermiony.
– Co? – zdziwiła się kobieta, delikatnie zdezorientowana niepodjęciem tematu przez Malfoya. – To wspaniale!
Podeszła do mężczyzny i poklepała go po ramieniu. Nie rozumiała, czemu się nie cieszy. Usiadł na pobliskiej ławce ze zwieszoną głową, starając się być jeszcze bardziej niewidocznym, niż zostawał w rzeczywistości. Hermiona usiadła obok, zadając nieme pytanie.
– To Kate – powiedział zrezygnowanym tonem, nie patrząc jej w oczy. Nie mógłby znieść zawodu, który zapewne pojawił się zaraz na twarzy Hermiony. Miał cichą nadzieję, że powoli zaczyna ją odzyskiwać taką, jaką była kiedyś. Może gdyby bardzo ją poprosił, zgodziłaby się wrócić z nim do świata żywych, spróbować raz jeszcze. Teraz wszystko przepadło. Znowu.
– Słucham? – Hermiona ledwie zdołała złapać powietrze, choć tlen nie był jej niezbędny do istnienia. – To niemożliwe! Jak?
– Jak? Jak? Normalnie. Zapomniałaś, jak to jest?
Hermiona potrząsnęła głową, jakby chciała, by wszystko wskoczyło na swoje miejsce. Jej twarz dziwnie się wydłużyła, a oczy pociemniały. Milczała dłuższą chwile, nie zwracając uwagi na pojawiające się znikąd coraz to nowe osoby. W końcu zadała pytanie, na które oboje chcieliby usłyszeć odpowiedź:
– I co teraz zrobimy? Przecież oni nie mogą…
– Wiem, że nie mogą – przerwał Draco. – Myślisz, że dlaczego jestem taki wściekły? Co ten smarkacz sobie wyobraża?!
– Scorpius nie jest niczemu winien, on nie wie, że ona jest jego siostrą – uniosła się Hermiona, czując, jak jej zdenerwowanie sięga zenitu. Gdzieś w tłumie mignęła jej znajoma, ruda czupryna. Czyżby Weasleyowie?
– Masz rację, przepraszam – mruknął Draco. – Ale co ja teraz mam zrobić? Motywowałem go, żeby walczył o miłość, żeby nie popełnił mojego błędu. Starałem się nawet wpłynąć na Astorię, tak by wspierała jego wybory, a teraz dowiaduję się, że on kocha moją córkę!
– Słuchaj, nie denerwuj się. Jesteś pewien, że chodzi o naszą Kate? Wiesz, to dosyć popularne imię…
– Ile, twoim zdaniem, dziewczyn o tym imieniu ma matkę Hermionę, która niedawno umarła? – zirytował się Draco. W oddali zauważył Astorię prowadzoną pod ramię przez Scorpiusa. Młodzieniec zerkał nerwowo na boki, jakby w poszukiwaniu kogoś, kto powinien być w zasięgu wzroku. Draco przez chwile poczuł się urażony. Wiedział, że syn go kocha, jednak dziwnie było mu ze świadomością, że w dniu pogrzebu swego ojca, Scorp rozgląda się za Kate. A może to nie powinno go wcale dziwić? Czyż w trudnych chwilach nie szukamy wsparcia bliskich nam osób? Niemej otuchy, wtedy gdy nie można poczuć bliskości?
– No tak, to daje większą pewność. Jednak Kate ma Patrycjusza. To, że Scorpius ją kocha, nie świadczy jeszcze o tym, że coś między nimi będzie. Nie myśl, że nie zależy mi na szczęściu twojego syna, ale sam przyznasz, że nie ma jeszcze się o co martwić.
– Siła związku zależy od siły kompromisu, a u Partycjusza i Kate tego nie ma! Jak uważasz, ile jeszcze ze sobą będą? Szczególnie po tym, jak do gry wkroczyliśmy my, a ona na twój pogrzeb ściągnęła połowę czarodziejskiego świata? On zmusza ją do chodzenia na sesje psychologiczne! Ten kozi bobek nie znosi wszystkiego, czego nie rozumie i ja zrobię wszystko, by Kate go zostawiła! Jeżeli będzie trzeba, to urządzę mu takie Paranormal Activity, że zamiast do psychologa, trafi do psychiatry!
– Uspokój się, Draco! Ja też go nie lubię, ale staram się nad sobą panować. Uwierz mi, że on żyje tylko dlatego, że zabójstwo jest karane. Patrycjusz to kaznodzieja nienawiści, żałuję, że bardziej zdecydowanie nie wyrażałam zdania o nim. Z przyjemnością dołożę swoje trzy grosze do ich rozstania, jeżeli zapewnimy Kate jakieś wsparcie.
– Nasza córka to silna kobieta – jak naturalnie było wypowiadać te słowa, stwierdził ze zdziwieniem Draco. – Myślę, że rozprawi się z nim nawet bez naszej pomocy. Widziałaś, że ma ze sobą różdżkę?
– Widziałam i bardzo mnie to cieszy. Mam propozycję, poczekajmy na rozwój wydarzeń. Dajmy dzieciom jeszcze ze dwa, trzy dni luzu – powiedziała Hermiona, patrząc z czułością na swoją córkę, która stała na uboczu w towarzystwie Potterów. Może nie została na tym świecie całkiem sama? Jej rozluźnione kontakty z przyjaciółmi, w ostatnim czasie zaczynały jej doskwierać i bardzo żałowała, że nie zdążyła naprawić tego, co się między nimi popsuło. Z radością patrzyła na to, że jednak przybyli pożegnać się z nią ten ostatni raz. Nie sądziła, że wieść o jej wypadku dotrze za granicę i wpadnie w uszy jej starych przyjaciół. Czasami zastanawiała się, czy to, co miało miejsce kilka lat temu, nie było naturalnym następstwem jej pochopnej decyzji o zostawieniu Draco. Czy to nie podświadoma złość i żal, że przez nich straciła największą miłość swojego życia, spowodowała rozpad ich przyjaźni. Harry i Ron nigdy nie rozumieli jej słabości do Malfoya i czuli się do żywego urażeni zdradą, jak określali jej zachowanie.
– A mamy tyle? – z zamyślenia wyrwał ją głos Draco. – Drops nie był dziś z nas zadowolony…
– Nie wiem ile mamy czasu, ale wiem, że nie powinniśmy działać pochopnie. Chodźmy już, nie możemy przegapić takiego wydarzenia! – powiedziała Hermiona słysząc rozbrzmiewającą antyfonę.

5 sierpnia 2016

Iluzjoniści IV


Rozdział IV
***
– Napijesz się herbaty, Ksenofiliusie? – zapytała Molly, widząc pana Lovegooda wchodzącego do jej kuchni.
– Z tobą zawsze, Molly – powiedział uśmiechając się nieznacznie i wyciągnął zza pazuchy butelkę brandy. Postawił ją na stole i zerknął sugestywnie na panią Weasley. Molly wiedziała, że pan Lovegood lubi herbatę z mocniejszą wkładką, ale martwiła się, że popija ją coraz częściej i coraz wcześniej. Nie chciała go jednak do siebie zrazić, więc nie komentowała tego faktu. Złościła się też, gdy Artur nazywał go „starym pijakiem”. Jej mąż niczego nie rozumiał, chodził do tej swojej ważnej pracy, a po powrocie z niej, znikał w warsztacie razem z Ginny i wspólnie grzebali po łokcie w smarach.
Molly nigdy nie rozumiała pasji swojego męża i przez myśl jej nie przeszło, by chociaż spróbować tego dokonać. Całe życie poświęciła rodzinie. Gdy niecałe dwa lata po ich ślubie okazało się, że jest w ciąży, była najszczęśliwszą osobą pod słońcem. Trwała wojna, która z miesiąca na miesiąc przybierała na sile, jednak  mimo strachu o przyszłość swojej rodziny, cieszyła się z narodzin syna. Wokół szalały zamieszki, nikomu nie można było ufać, a ona była niewzruszona z maleńkim zawiniątkiem przy piersi i czuła rozpierające szczęście. Następne lata rozróżniała tylko dzięki swoim dzieciom, które zmuszały męża do poświęcenia rodzinie więcej czasu. Pamiętała ten okres jako pasmo lęku. Artur był niesamowicie uparty w dążeniu do sprawiedliwości. Nawet go rozumiała. Wiedziała, że chce walczyć o lepsze jutro, ale nie mogła uwierzyć, że nie dociera do niego fakt, że dla nich żadnego jutra nie będzie, jeżeli on wstąpi do Zakonu Feniksa. Jej bracia, Gideon i Fabian, codziennie ryzykowali swoje życie, codziennie wychodzili z domu nie wiedząc, czy jeszcze do niego wrócą. Ona nie mogła sobie pozwolić na utratę Artura, więc może trochę pochopnie, starała się o kolejne dziecko. To był jedyny argument, który był w stanie powstrzymać jej męża. Gdy urodził się Ron, wszystko się jednak zmieniło. Nie wiedziała czy to przez ilość maluchów czekających w domu na zmęczonego ojca, czy ona sama stała się kimś innym będąc zbyt zamkniętą na nowinki ze świata. Fakt był taki, że miedzy nią i Arturem doszło do konfliktu w wyniku którego on wyprowadził się z domu. Zamieszkał w pokoju nad Dziurawym Kotłem i do Nory wpadał tylko dostarczyć zakupy i pobawić się z dziećmi. Molly bardzo cierpiała. Sześciu chłopców, którzy mimo dziesięcioletniej różnicy między najmłodszym i najstarszym, wymagania mieli jednakowe. Wsparciem była dla niej Pandora Lovegood, która chętnie ją odwiedzała by odciążyć w codziennych obowiązkach. Państwo Lovegoodowie nie mieli dzieci, choć Pandora bardzo tego pragnęła i co miesiąc miała nadzieję, że tym razem się uda.
– Nie wiem o co chodzi z tymi dziecięcymi  stopami – zwykła mawiać wracając ze spaceru z kilkutygodniowym Ronem. – Zaczynam nabierać podejrzeń, że są z cieńszej skóry, dlatego czy to słońce, czy deszcz, czy trzydzieści stopni w cieniu, trzeba zakładać im skarpetki.
– Czasem myślę, że niektóre ciocie i babcie, na boku dorabiają w firmach produkujących skarpetki i stąd ten szeptany marketing – śmiała się wtedy Molly zdejmując niewygodne części garderoby z maleńkich stópek Rona. Tak mijały dni, tygodnie i miesiące.
Na początku lipca Lovegoodowie ogłosili szczęśliwą nowinę, Pandora była w drugim miesiącu ciąży. Początkową radość szybko stłumiły dolegliwości i postępujące niezadowolenie ciężarnej. Ksenofilius coraz częściej uciekał z domu pod pretekstem zasięgnięcia rady u Weasleyów, a w rzeczywistości rwał sobie włosy z głowy nie rozumiejąc zmian jakie zachodziły w jego żonie. Pandora o wszystko zrobiła się zazdrosna. Rzeczy do których wcześniej nie przywiązywała wagi, stały się nad wyraz istotne. Tłumaczenie Ksenofiliusa, że świata poza nią nie widzi zbywała niezbyt uprzejmymi argumentami, że jej brzuch nie jest jeszcze tak wielki, by przysłaniać mu świat. Lovegood był bezradny.
W tym czasie Molly była bardzo wdzięczna za jego towarzystwo, choć wolałaby, żeby Artur się opamiętał i wrócił do domu.
– Nie denerwuj mnie, Arturze – próbowała z nim rozmawiać za każdym razem gdy przychodził w odwiedziny do dzieci. A on na to ze stoickim spokojem odpowiadał, że stan jej ducha jest mu całkowicie obojętny. Bill i Charlie zorientowali się już, że miedzy ich rodzicami trwa konflikt, ale nie zadawali pytań. George i Fred powtarzali wszystkim, którzy chcieli ich słuchać, że tatuś ciężko pracuje i dlatego tak rzadko jest w domu. Dopiero jak Ron powiedział „ta-ta” w kierunku Ksenofiliusa, Artur się opamiętał. Molly nie tłumaczyła mu, że te dwa dźwięki są zupełnie przypadkowe, bo Ron był jeszcze zbyt mały by świadomie zwrócić się do kogokolwiek. Grunt palił jej się pod nogami, więc przełknęła dumę i postanowiła wykorzystać nieświadomość Artura.
Zbliżało się Boże Narodzenie. Okres świąteczny sprzyjał miłej atmosferze, dzieci wymuszały na Arturze częstsze i dłuższe wizyty. Po wielu próbach, pewnego grudniowego wieczoru doszli do porozumienia, ponownie znajdując siebie nawzajem.
– Dopadł cię gnębiwtrysk, Molly? – Dotarło do niej pytanie przyjaciela. Spojrzała na Ksenofiliusa siedzącego przy jej kuchennym stole i ze zdziwieniem stwierdziła, że przez tyle lat nic się nie zmienił.
– Wszyscy dziś w takim biegu, a ty? Nigdzie się nie spieszysz, mój drogi?
– Nie – roześmiał się Ksenofilius, nie przywiązując wagi do tego, że Molly nie odpowiedziała na jego pytanie.
– Czemu? – kobieta spojrzała na niego podejrzliwie, jakby oczekiwała jakiegoś oszustwa.
– Bo na mnie przecież nikt nie czeka – westchnął, przyglądając się uważnie swoim paznokciom.
– A Luna?
– Ona? Od kiedy ma stałą pracę, zrobiła się taka sardoniczna. Nie poznaję jej – westchnął jakby naprawdę było mu szkoda relacji z córką. – Wiesz? Czasami żałuję, że nie mam więcej dzieci.
– Och, to całkowicie zrozumiałe, ale zapewniam cię, że to nie taka prosta sprawa. Dzieci to odpowiedzialność i ciągły kompromis.
– Wam się udało, zawsze byliście taką zgraną parą.
– Doprawdy? – sarknęła Molly, nie mogąc powstrzymać uczucia irytacji.
– Mieliśmy o tym nie rozmawiać, pamiętasz? – Lovegood spojrzał uważnie w brązowe oczy przyjaciółki, w których czaił się ledwo zauważalny cień.
– Oczywiście, masz rację, Ksenofiliusie. Jestem taka niemądra. Bardzo cię przepraszam.
– Teraz nadzieja tylko we wnukach – westchnął Loveggod sięgając po filiżankę herbaty.
    – Na to bym nie liczyła – warknęła Muriel wchodząc znienacka do kuchni. – Obiekt westchnień Luny, jest poza jej zasięgiem.
– Cioci to się lubią trzymać żarty – roześmiała się Molly, notując w pamięci by porozmawiać z dziewczyną. Jeżeli ta stara plotkara się dowiedziała, to za chwilę będą wiedzieć wszyscy, a taki skandal może zaburzyć zbliżającą się uroczystość.
– Nie myl ślepoty z głupotą, moja droga. No, ale skoro już tu jesteście, to przydajcie się na coś i powiedzcie gdzie mogę znaleźć pana Zabiniego?
Ksenofilius wstał i szybko wyszedł z kuchni, nie mówiąc ani słowa. Molly przez chwilę wydawała się zdezorientowana, ale szybko się opamiętała i siląc na spokój odpowiedziała:
– A skąd ja to mogę wiedzieć? Jestem zajęta.
– Właśnie widzę – fuknęła Muriel odwracając się do pani Weasley i mrucząc pod nosem coś co brzmiało jak lafirynda.
***
Wschodzące jesienne słońce wpadało nieśmiało przez otwarte okno strychu. Sztalugi na których rozpięte były niedokończone płótna, wynurzały się z nocnego cienia, tworząc radosną mozaikę. Draco Malfoy czekał, aż słońce znajdzie się w odpowiednim punkcie, by móc usiąść do pracy. Teraz, stojąc w ciemnym kącie, powtórnie czyścił umyte już wcześniej pędzle, by upewnić się, że nieplanowane barwy nie zniszczą jego koncepcji. Uwielbiał spędzać tu nieliczne wolne chwile, choć towarzystwo mieszkające na niższych kondygnacjach pozostawiało wiele do życzenia. Nie przejmował się tym zbytnio, bo wszystko miało też swoje plusy. Z lubością wspominał co bardziej pikantne momenty na podłodze małego stryszku w którym znajdowała się jego pracownia. Regularne chwile uniesień z Ginny przynosiły mu nie tylko ulgę, ale i satysfakcję na myśl o tym, co by zrobił Weasley i Potter dowiadując się o nich. Nie spotykali się tu zbyt często, by nie kusić losu, ale dawka adrenaliny jaką zażywali w tych nielicznych momentach, potrafiła starczyć na długo. Wiedział, że dziś będzie mógł skupić się tylko na malowaniu, bo wczorajsza wizyta Ginny przeciągnęła się do późna w nocy. Tym bardziej zdziwił się słysząc szybkie kroki zmierzające wyraźnie do jego pracowni. Zamek szczęknął cicho i do pomieszczenia weszła niska osoba, tachająca pod pachą sporych rozmiarów, zwinięte w rulon płótno, a przed sobą pudło z którego wystawały tuby farb oraz nowe pędzle. Snop słonecznego światła sprawiał, że jej sylwetka była niewyraźna. Gdy odwróciła się by zamknąć drzwi, Draco nie wytrzymał i wyszedł z cienia.
– Już się stęskniłaś? – zapytał zmysłowym głosem i zaraz potem ugryzł się w język.
– Malfoy? Co ty tu robisz? – Hermiona upuściła delikatnie płótno trzymane pod pachą.
– O to samo ja mogę się zapytać, Granger. Jakbyś nie widziała, to pracuję i wolę by mi wtedy nikt nie przeszkadzał! – Draco szybko doszedł do siebie po nagłym zaskoczeniu.
– Właśnie słyszę – sarknęła Hermiona. – Zresztą, nieważne. No więc?
– Co "no więc"? – zdziwił się Malfoy.
– Co tu robisz? – zapytała przewracając oczami. Jej włosy były spięte w niedbałego koka na czubku głowy. Miała na sobie jasnoniebieską, jeansową koszule, której brakowało kilku guzików i białe spodnie zawinięte nad kostki.
– Ogłuchłaś? Mówię, że pracuję. Od kilku miesięcy wynajmuję to miejsce dwa razy w tygodniu by móc się zrelaksować.
– To się zdecyduj czy pracujesz, czy się relaksujesz. Nic o tym nie wiedziałam. Kto ci wynajął mój stryszek? – zapytała Hermiona mijając go i stawiając pudło na zagraconym stole.
– Jedno nie wyklucza drugiego, detektywie – powiedział dalej czyszcząc swoje pędzle. – Jak to, twój stryszek? Teraz to ja nic nie rozumiem.
– A niby taki inteligentny. Jakbyś nie zauważył, to jest moja pracownia – powiedziała podnosząc upuszczone wcześniej płótno. – Ostatnio nie miałam czasu tu przychodzić, ale to nie znaczy, że możesz w niej przechowywać swoje graty.
– No co się tak denerwujesz? Muriel nie mówiła nic o tym, że to twój azyl.
– Nie denerwuję się. Skąd ty znasz takie trudne słowa? – roześmiała się z litością w głosie.
– Nie bądź dziecinna – warknął Draco odkładając pędzel i nasączoną rozpuszczalnikiem szmatę.
– Ja jestem dziecinna? – zdenerwowała się Hermiona – To ty prezentujesz urażoną dumę!
– Dumę?  – zdziwił się Malfoy, bo przez chwilę stracił wątek.
– Ja na męskich chorobach psychicznych się nie znam, ale radzę wizytę u specjalisty. A teraz zejdź mi z drogi – powiedziała wymijając go i podchodząc do okna.
– Co? Ale zaraz! Nie możesz tu być, zasłaniasz mi światło!  – zawołał zdezorientowany rozwojem sytuacji.
– Słucham?
– Płacę za to pomieszczenie trzydzieści galeonów tygodniowo, nie odpuszczę!  – zaperzył się mężczyzna.
– Ja też nie mam zamiaru!
Oboje stali z założonymi na piersiach rękami i dyszeli ze zdenerwowania. W tym samym momencie rzucili się do wyjścia, by dopaść ciotkę Muriel i raz na zawsze wykurzyć się z pracowni. Nawzajem. W ciszy szamotali się przez chwilę, walcząc o pierwszeństwo. Nim zdołali otworzyć drzwi, na schodach rozległo się charakterystyczne skrzypienie, które nagle umilkło, jakby ktoś przystanął nasłuchując ich głosów.
– Jeżeli ktoś jeszcze idzie tu malować, to oszaleję – warknęła Hermiona wyciągając rękę do klamki. Draco powstrzymał ją w ostatnim momencie.
– Cicho, głupia – syknął. – Jak uważasz, co pomyśli ten ktoś za drzwiami, jak zobaczy nas tu razem?
– A co ma niby pomyśleć? – zapytała Hermiona i jej wzrok padł na zaróżowione policzki Malfoya. Sama lekko dysząc ze zdenerwowania i niemego wysiłku, czuła, że emocje jeszcze nad nią panują, a pozbawiona kilku guzików koszula nie była najlepszym świadectwem niewinności.
– Widzę, że zrozumiałaś – szepnął Draco.  – Teraz po cichu wycofaj się w ten kąt przy oknie, a ja pozbędę się intruza.
– W kąt… jasne. Masz racje, tam jest tak ciemno…
– Geniusz – syknął Malfoy. – A teraz przestań gadać i idź już.
Po drugiej stronie drzwi ktoś ruszył ostrożnie do góry, ale wcale nie zatrzymał się przy wejściu do pracowni, tylko poszedł dalej. Draco odczekał dłuższą chwilę i upewniwszy się, że kroki umilkły na dobre, machnął ręką na Hermionę, która ostrożnie, mijając różne kartony i skrzynie wydostała się z ukrycia.
– Któreś z nas musi stąd wyjść. Malowanie w takich warunkach i tak nie ma sensu – stwierdził rzeczowo Malfoy.
– Tyle to i ja widzę. Możesz zostać, ja pójdę znaleźć ciotkę Muriel – powiedziała Hermiona, kierując się ponownie do drzwi.
– O nie, tak łatwo ci nie pójdzie. Idę z tobą – warknął Malfoy.
– Niech ci będzie, ale chociaż wyjdźmy oddzielnie. Obiecuję, że na ciebie poczekam, słowo Gryfona.
– Wiesz co możesz sobie zrobić z tym…
Nie dokończył, bo Hermiona czym prędzej otworzyła drzwi i w pośpiechu zbiegła po schodach. Przeskakiwała po dwa stopnie, pędząc w dół, gdy z impetem wpadła na czającego się na półpiętrze Rona.
– Co ty tu robisz?! – zawołali jednocześnie. – Panie mają pierwszeństwo – dodał szybko Ron.
– Chciałam chwilę pomalować, ale pracownia jest zajęta – oburzyła się na nowo Hermiona, nie zauważając spojrzenia jakim Ron śledził górę schodów, bo sama rozglądała się nerwowo na boki. – A ty?
– Ja? – zapytał głośno Ron, co w Hermionie wzbudziło niepokój. – Ja właśnie szedłem cię uprzedzić, że w pracowni już jest…
– Wiedziałeś, że Malfoy wynajmuje moją pracownię?
– Kto?… Znaczy no -- szybko poprawił się Ron.
– Jak zwykle błyszczysz elokwencją. Ta stara wariatka mnie nie uprzedziła. Nie wiesz gdzie się teraz podziewa?
– O mnie mówisz, moja droga? – zapytała Muriel schodząc ze strychu.
– Ależ skąd, ciociu. Ona mówiła o… o kimś innym – zawołał Ron, ściskając mocno rękę Hermiony. Muriel zeszła jeszcze kilka schodków niżej i zatrzymała się tuż nad stojącą parą.
– Nigdy nie umiałeś kłamać, Ronaldzie. Idź teraz na strych, przygotowałam ci kilka skrzyń, które trzeba lewitować na dziedziniec, a ty moja droga choć ze mną. Ach, Ron, powiedz panu Malfoyowi żeby zajrzał do mnie na herbatkę.
– Co? – Ron stał z rozdziawioną buzią, patrząc podejrzliwie na ciotkę.
– Pan Malfoy, w pracowni, Ronaldzie – warknęła ciotka Muriel.
– A no tak, w pracowni. Oczywiście  – powiedział Ron i wymijając ciotkę, zaczął wspinać się na górę.
– Na co czekasz, moja droga?  –  Muriel zapytała Hermionę.  – Chodźmy gdzieś usiąść i porozmawiać. Może jestem starą wariatką, ale będziesz musiała to jakoś przełknąć.
– Oczywiście. Ja... przepraszam  – mruknęła Hermiona podążając za starszą kobietą do jej mieszkania. Weszły do zagraconego salonu. Młodsza z kobiet czuła się wyraźnie skrępowana. Nie lubiła ciotki Rona, ale to nie znaczyło, że chciałaby ją otwarcie urazić. Mieszkała pod jej dachem, a to do czegoś mimo wszystko zobowiązywało. – Ja naprawdę… – zaczęła niezręcznie, ale Muriel od razu jej przerwała.
– Nie przejmuj się, moja droga, jestem przyzwyczajona. Nim dołączy do nas pan Malfoy, chciałabym ci zadać jedno pytanie. Nie przeszkadzają ci kłamstwa Ronalda?
Hermiona przez chwilę nie wiedziała o czym jest mowa. W końcu takie niewinne kłamstewka zdarzają się każdemu, nie tylko jej narzeczonemu. Po prostu nie chciał robić ciotce przykrości, albo się jej wystraszył, co tak naprawdę było bardziej prawdopodobne. Wzięła głęboki oddech i zdecydowanie zaprzeczyła. Muriel zmierzyła ją badawczym wzrokiem
– Nie tego się spodziewałam, ale to wasze życie, więc skoro ci to pasuje... O pan Malfoy  – uśmiechnęła się do wchodzącego mężczyzny.  – Niech pan się rozgości.
Draco spojrzał wymownie na Hermionę i rozsiadł się w fotelu najbardziej od niej oddalonym.
– Nie czas na głupstwa, panie Malfoy – warknęła Muriel uchwyciwszy jego wzrok. Draco wyraźnie się zmieszał, ale nie miał odwagi zaprotestować, za bardzo zależało mu na pracowni i… jej walorach.
– No to o czym chcieliście ze mną rozmawiać? – widząc szybką wymianę spojrzeń dwojga młodych, roześmiała się i stwierdziła: – zastanawiacie się skąd wiem? Słyszałam o waszej wymianie zdań w mojej pracowni. Więc jak? Macie jakiś problem?
– Właściwie… – zaczęła Hermiona, ale Draco pospiesznie wpadł jej w słowo.
– Właściwie to nie, po prostu byliśmy zaskoczeni. Miejsca jest dużo, ja przychodzę tylko dwa razy w tygodniu, jakoś się podzielimy, nie ma obawy – paplał Draco dzielnie znosząc palące spojrzenie Granger.
– Tak myślałam – ucieszyła się ciotka Muriel, nalewając im herbaty, którą przed chwilą przyniósł skrzat. – Powiedzcie mi, moi drodzy, nie widzieliście dziś pana Zabiniego?
Hermiona automatycznie pokręciła głową, a Draco zakrztusił się łykiem napoju, który właśnie wziął do ust. Wszyscy doskonale wiedzieli, że nie trawił tego człowieka, a odkąd tamten pojawił się się w Popielisku, nie mógł zdzierżyć jego obecności. Jako jeden z nielicznych wiedział, że Zabiniego i Wesleyównę łączyło coś w przeszłości i fakt, że Blaise zaczął się znowu kręcić w pobliżu, był nie do zniesienia. Jak tak o tym myślał, to Ginny była obiektem zazdrości kochanka o jej byłego kochanka. Przykre, że nikt nie liczył się z Potterem, ani wtedy, ani teraz.
– A Pottera? – drążyła starucha, patrząc wymownie na Hermionę, która nagle wyraźnie zbladła. Malfoy spojrzał zaintrygowany na Granger. Wiele by dał, by móc w tym momencie użyć legilimencji, jej reakcja była zdecydowanie niecodzienna. – No trudno, to nie będę was zatrzymywać, z pewnością macie wiele zajęć. Cieszę się, że doszliśmy do porozumienia.
– Do jakiego porozumienia – warknęła Hermiona gdy już wyszli z mieszkania ciotki Muriell. – Co to miało być, Malfoy?
– Ciszej, wariatko – syknął Draco biorąc ją zdecydowanie pod ramię i prowadząc w stronę pobliskiego wykuszu. – Przecież wyraźnie dała do zrozumienia czyja jest ta pracownia. Jak zaczniemy się z nią kłócić, to wyrzuci nas oboje, a ja mam pewne… powody dla których chcę wynajmować właśnie to pomieszczenie.
– Tyle to się domyśliłam. Nie chcesz mi o czymś powiedzieć – szepnęła rozglądając się na boki i ignorując nadal zaciskającą się na jej przedramieniu dłoń mężczyzny.
– Tobie? – zdziwił się Malfoy.
– No tak, nie było tematu. Więc co proponujesz?
Draco zbliżył się jeszcze bardziej do Hermiony, tak że zapach trawy cytrynowej bijący od niego zrobił się bardzo wyraźny. Odsunęła się nieznacznie, opierając plecami o ścianę i wpatrując z przerażeniem w oczach na coś, co znajdowało się za mężczyzną.
– Nie przeszkadzajcie sobie – zakpił Zabini. Draco w jednej chwili puścił ramię Granger i obrócił się w stronę Blaise’a.
– Co masz na myśli, Zabini? – warknął Malfoy, mierząc intruza od stóp do głów.
– Chyba nie trudno wyciągnąć wnioski. Kto by pomyślał, wielmożny pan Malfoy i zwykła… dziewczyna – roześmiał się Blaise.
– Nie twój zafajdany interes – uniósł się blondyn, ale Hermiona złapała go za ramię.
– Nie warto, Draco, daj spokój.
Malfoy był tak zdenerwowany, że nawet nie zwrócił uwagi na chwilowo zmienioną formę ich relacji. Zabini spojrzał w oczy Hermiony i rzekł:
– Przekaż Potterowi moje kondolencje, nie ma chłopak szczęścia – odwrócił się i odszedł szybkim krokiem, a tym razem to Malfoy musiał powstrzymać Hermionę przed rzuceniem się na oddalajacego się mężczyznę.
– Przysięgam, że na do widzenia potraktuję go jakąś paskudna klątwą. Przysięgam – warknęła kobieta, poprawiając swoją koszulę.
– Możesz liczyć na moją pomoc, nigdy go nie lubiłem – roześmiał się Malfoy.
***
W tym samym czasie Ron stał zdenerwowany w kącie dużego strychu i próbował sobie wszystko poukładać w głowie. Muriel nie lubiła Hermiony, więc była szansa, choć bardzo znikoma, że nic jej nie powie. Ale co jeśli już to zrobiła? Co jeśli wszyscy się o tym dowiedzą.
     – Musimy z tym skończyć – rzekł patrząc na tonącą w porannym słońcu panoramę Devon.
– Rozumiem, spodziewałam się tego odkąd Muriel stąd wyszła. Myślisz, że nas wydała? – powiedziała Luna wstając ze starej skrzyni. Duży strych był mocno zaniedbany. W przeciwieństwie do małego stryszku, tu panował wieczny półmrok z którego wyłaniały się kształty dawno zapomnianych gratów. Muriel kilka razy udaremniła wyrzucenie kilku niepotrzebnych rzeczy, karząc przynieść je tutaj i spychając w studnię zapomnienia. Stare szafy, krzesła z powyłamywanymi nogami, komody z oderwanymi szufladami. Nikomu nie chciało się naprawiać tych przedmiotów. W powietrzu unosiła się delikatna mgiełka zapomnianej magii.
– Nie wiem, nie dała niczego po sobie poznać, ale nie była zaskoczona, że spotkała mnie i Hermionę.
– To ja jej powiedziałam o kłótni Draco i Hermiony w pracowni, bo pytała o krzyki zza ściany. Musiała czekać tutaj dłuższą chwilę, ponieważ ja idąc tu słyszałam tylko kilka zdań.
– Nie przejmuj się, może to świadczy o tym, że jednak nie ma zamiaru nas wydać, jeżeli spełnimy jej warunek i się rozstaniemy – Ron odwrócił się i podszedł do Luny. Przygarnął ją do siebie i zaczął kołysać w ramionach. – To tylko na jakiś czas. Niedługo sprawa morderstwa się wyjaśni, Zabini stąd wyjedzie, a ciotka zajmie się swoimi sprawami.
– Tak, masz rację. Teraz powinniśmy skupić się na pogodzeniu Harry’ego i Ginny, prawda? Ślub już za pasem, a oni ciągle się kłócą.
Po twarzy Rona przemknął ledwie zauważalny cień. Westchnął głęboko i wypuścił Lunę z objęć. Odszedł kilka kroków.
– Nie wiem już jak mam mu przemówić do rozumu. Jest taki uparty, a ja bym chciał, żeby był szczęśliwy.
– Wiem, Ginny też jest uparta. Czasami się zastanawiam, czy oni naprawdę powinni się pobrać. Jak myślisz?
– Nie jestem chyba najlepszym adresatem tego pytania, ja i Hermiona też się nie dogadujemy, a jednak chcę się z nią ożenić.
– I dlatego spotykasz się ze mną?
– Chcesz mi teraz zafundować umoralniającą gadkę?
– Nie, po prostu nie wszystko rozumiem – stwierdziła cicho Luna. -- Chodźmy już. Ja wyjdę pierwsza, a ty lewituj wreszcie te pudła o które prosiła Muriel.
– Masz rację, to idź – mruknął Ron wyjmując różdżkę.
    Luna popatrzyła ze smutkiem na mężczyznę, który przez pewien radosny moment był dla niej kimś ważnym i postanowiła porozmawiać z Hermioną. Nadal czuła, że nie zrobiła nic złego, na to zbyt dobrze znała pannę Granger, ale nie chciała już dłużej kłamać. Przynajmniej tyle była jej winna. Bała się, że Hermiona mimo wszystko będzie cierpieć, że już nigdy nie obdarzy jej zaufaniem, ale między nią i Ronem nie doszło jeszcze do niczego poważnego, może to wystarczy, by nie stracić przyjaciółki.