Witajcie. Nadszedł czas pożegnania się z historią Draco i Hermiony, pisanej na podstawie książki p. Margit Sandemo, która jest piątą częścią czterdziestosiedmio tomowego opowiadania pt.: Saga o Ludziach Lodu. Historia Aleksandra i Cecylii, była zawsze mi bardzo bliska i chociaż stanowili oni tę mniej ciekawą gałąź rodu, to opowieść o ich miłości skradła me serce. Cieszę się, że tak dobrze przyjęliście ją w opowiadaniu dramione, bo jak wiecie, miałam co do tego wątpliwości i chwilami ciężko mi się pisało. Pragnę Wam podziękować, że towarzyszyliście mi właściwie od początku tego opowiadania, wspieraliście, dodawaliście otuchy komentarzami gdy miałam już dość tego rodzaju pisania. Cieszę się również z tego, że wątki wprowadzone przeze mnie, Was zaciekawiły. Czasami nawet bardziej niż ten zaczerpnięty z oryginału. To znak, że jednak udało mi się połączyć te dwa światy.
Zachęcam wszystkich gorąco do poznania całej sagi o Ludziach Lodu. Znajdziecie tam wszystko czego dusza zapragnie, ale nie miejcie zbyt dużych wymagań. Jest to literatura rozrywkowa, lekka i przyjemna, ale nic ponadto. Znajdziecie tam emocjonujące opisy, nutkę mistycyzmu, chwile wzruszenia i radości.
A teraz zapraszam Was na ostatnią odsłonę tego opowiadania :*
P.S. literówki i formatowanie poprawię jak zwykle na spokojnie, dziś już nie mam siły walczyć z bloggerem :P
P.S. literówki i formatowanie poprawię jak zwykle na spokojnie, dziś już nie mam siły walczyć z bloggerem :P
EPILOG
***
Harry
Potter niespodziewanie miał zostać wujkiem. Zalana łzami ciotka Petunia,
zadzwoniła do niego w środku nocy, zaskakując go wiadomością, że Dudley niebawem
zostanie ojcem. Fakt, że Marietta jest w ciąży ukrywali przed wszystkimi równe
dwa miesiące, by przeczekać największe ryzyko poronienia. Gdy ciąża Marietty
wkroczyła w trzynasty tydzień, szczęśliwi przyszli rodzice postanowili
podzielić się tym faktem z najbliższą rodziną i przyjaciółmi. Tak więc gdy
tylko opadły emocje, a na nieszczęście Harry’ego miało to miejsce o drugiej w
nocy, Petunia Dursley postanowiła powiadomić o wszystkim siostrzeńca.
Ginny
słysząca radosną nowinę, uświadomiła Harry’ego, że dziecko Wielkiego De urodzi
się mniej więcej w tym samym czasie co potomek państwa Malfoy. Wybraniec ziewnął
przeciągle i podrapał się w głowę myśląc o gigantycznej wyprawce jaką przyjdzie
mu kupić. W końcu nie wszyscy jeszcze wiedzieli, że on i Ginny również
spodziewają się dziecka. Co prawda ich potomek spędził w brzuchu swojej mamy dopiero
niespełna dziesięć tygodni i z tego względu radosną nowiną nie podzielili się
jeszcze z nikim, ale gdyby dziewczyny się postarały, to mogłyby urodzić w tym
samym czasie. Ginny widocznie pomyślała to samo, bo z ogromną ckliwością
zaczęła gładzić swój, jeszcze płaski brzuch.
Draco
i Hermiona żyli własnym życiem, od czasu do czasu spotykając się z przyjaciółmi
i rozprawiając o losach Ludzi Lodu, które oboje znali już na pamięć. W Malfoy
Manor, ku skrywanej rozpaczy Hermiony i mniej starannie ukrytej złości Draco,
rządy przejęła Narcyza. Dowiedziawszy się, że Hermiona ponownie oczekuje
dziecka, przyjechała natychmiast, nie zważając na nieśmiałe protesty Lucjusza.
Teraz nic nie mogło zagrozić dziedzicowi majątku, nazwiska i wszystkiego! Tym
razem Narcyza dopilnuje, żeby wszystko poszło jak trzeba! Lucjusz Malfoy, ze
źle skrywanym wyrazem ulgi, stwierdził, że nie będzie burzył życia dzieci
dodatkowo swoją obecnością i czym prędzej wrócił do domu cieszyć się odrobiną
swobody.
Młodzi państwo Malfoy szybko się zorientowali, jak bardzo byli szczęśliwi, że udało im się unikać częstych wizyt Narcyzy w czasie długiej choroby Draco. Teraz jednak z równym powodzeniem mogliby próbować powstrzymać wiatr. Narcyza była nieubłagana i nie chciała się ugiąć nawet wtedy, gdy bardzo delikatnie zasugerowali jej, że nocować mogłaby u siebie w domu. Tego, że chcieliby odpocząć chociaż w nocy już nie dodali. Odpowiedź starszej pani Malfoy była krótka - nie. Jeżeli Hermiona będzie potrzebowała pomocy w środku nocy, to przecież Narcyza musi być pod ręką. Na nic zdały się nieśmiałe protesty i zapewnienia, pani Malfoy wprowadziła się na dobre.
Ależ ona wszystkimi komenderowała! Była taka dobra, miła i troskliwa, i pragnęła wyłącznie ich dobra. Mało brakowało, a zagłaskałaby ich na śmierć. W oczach służby pojawiał się coraz częściej wyraz desperacji. Ogryzek, który do tej pory ubóstwiał swoją byłą panią, czmychał teraz gdzie pieprz rośnie zawsze wtedy, gdy Narcyza pojawiała się w zasięgu jego wyłupiastego wzroku. Albert, już i tak prawie łysy, rwał sobie po kryjomu włosy z głowy, i błogosławił chwile, gdy Narcyza Malfoy udawała się na spoczynek. Szybko opracował przebiegły system dodawania do jej porannej herbaty kilku kropel eliksiru na sen, co dawało domownikom kilka dodatkowych chwil wytchnienia. Niestety nie mieli ich codziennie, bo wszystkim zależało na tym, aby Narcyza nie zorientowała się, że jej senność nie wynika ze wzmożonej aktywności, a jest efektem ukartowanego spisku. Zbyt wysoko cenili jej pomoc, żeby narażać ją na przykrości.
Niestety Hermiona z trudem znosiła nadmiar opieki teściowej. Narcyza zabraniała jej wstawać z łóżka, nie mówiąc już o tym, by mogła wyjść na dwór, zaczerpnąć trochę świeżego powietrza... W końcu Hermiona doznała olśnienia i postanowiła raz jeszcze skorzystać z pomocy Cecylii i Alexandra. Idąc ich przykładem, Draconowi udało się podstępem wyprawić uczynną matkę do jej posiadłości. Miał tylko nadzieję, że ojciec nie będzie miał mu za złe tego, że trochę nakłamał, sugerując, że przedłużająca się nieobecność Narcyzy w domu, będzie doskonałym powodem dla wszystkich jej przyjaciółek aby zadbać o wygody Lucjusza.
Gdy Narcyza pakując się pospiesznie, deportowała się do domu, przyszli rodzice zapadli każde w swoim fotelu i śmiali się z ulgą.
– To na pewno będzie ogromny chłopiec – przepowiadał Draco, pieszcząc wzrokiem kształty Hermiony, które ona usiłowała ukryć pod obszerną sukienką.
Hermiona spoważniała.
– Nie wierzysz, że to będą bliźniaki, prawda?
– Nie. Za dużą wagę przykładasz do historii Ludzi Lodu. Przecież Gabriel podkreślał aby tego nie robić. To jest nasze życie, Hermiono. Tylko nasze.
– Może masz racje, ale jakoś tak czuję, że i tym razem nasze losy się splotą. To zabrzmi pewnie jak herezja, ale jak myślę o naszych dzieciach, nie umiem się pozbyć pewnego wspomnienia. Pamiętasz? Wtedy w lesie, w Grastensholm, doznałam takiego dziwnego, przemożnego uczucia, że ktoś jest w pobliżu.
Draco przyglądał jej się rozbawiony.
– Pamiętam, ale myślę, że ponosi cię fantazja.
– Nie, nie potrafię tego wytłumaczyć, ale wtedy nie mogłam się uwolnić od myśli o czarownicy Sol. Ona musiała tam być, Draco. Zjawiła się przed nami.
– I myślisz, że miejsce było zaczarowane?
– Albo pobłogosławione. Zaszłam przecież w ciążę, tak samo jak Cecylia!
– Tak, to prawda.
Hermiona nie dokończyła swojej myśli, która była zadziwiająco podobna do wątpliwości jakie targały przed laty Cecylią.
Napotkała wzrok Draco i zrozumiała, że on myśli o tym samym. Czarownica Ludzi Lodu obecna przy poczęciu? Kim w takim razie będą te dzieci?
Wstał i stanął za jej fotelem, jakby chciał ją chronić. Ale jak zdołałby ją ochronić przed atakiem od wewnątrz?
– To niemożliwe. Przecież byliśmy na badaniach. USG wyraźnie wskazuje jedno dziecko, dorodnego chłopca.
Hermiona odpowiedziała porywczo:
– To tylko maszyna, może się mylić!
– Ale...
– Są takie zjawiska jak intuicja i ja w nią wierzę!
– Nie denerwuj się, przecież wiesz, że też chciałbym dwójkę dzieci – roześmiał się Draco, pozwalając sobie na chwilowe zatopienie się w marzeniach. Gdyby mieć tak chłopca i dziewczynkę? Od razu! Cóż za cudowna opcja.
– Wiem, kochany, wiem. Mógłbyś poprosić Ogryzka o odrobinę tej krajanki z melasy, którą przysłał mi Hagrid? Jakoś naszła mnie ogromna ochota na słodycze.
Draco skierował się w stronę wyjścia postanawiając wyręczyć Ogryzka, dochodzącego do siebie po wizycie Narcyzy, którą co prawda ubóstwiał, ale się od niej odzwyczaił.
– Możesz też przynieść trochę kiszonych ogórków, które podrzuciła wczoraj Petunia, są przepyszne!
Draco przyzwyczajony już do zachcianek żony, odwrócił się tylko i z rozbrajającym uśmiechem zapytał:
– Czy coś jeszcze ci przynieść?
– Nie, już wystarczy. Chociaż… może ze dwie pomarańcze, co?
– Jak sobie życzysz – puścił do żony oczko i wymaszerował z pokoju.
Hermionie nagle zmienił się nastrój. Pomyślała o dziecku, które utraciła. Wiedziała, że to był chłopiec. Pamiętała jak bardzo zdenerwowała się na Draco, gdy przypadkowo ujawnił tę informację, która sprawiła, że mała istotka stała się bardziej rzeczywista. Hermiona wierzyła, że gdzieś pośród aniołów jest mu lepiej. Jej stan sprawiał, że zrobiła się ostatnio nadwrażliwa. Wybuchnęła płaczem. Tak bardzo było jej żal straconego dziecka. Była pewna, że mogłaby go pokochać. Poczęty przypadkiem przez ludzi, którzy nic dla siebie nie znaczyli. I nawet nie dane mu było ujrzeć dziennego światła! Biedny mały robaczek!
Rozumiała, że w obecnej sytuacji lepiej się stało, że jej pierwszy synek odszedł. Gdyby teraz urodziła syna, a miała już przedtem jednego, mogłyby powstać poważne komplikacje z dziedziczeniem i podobnymi sprawami. Mimo że Draco uznałby to pierwsze dziecko za własne. Nie byłoby to jednak sprawiedliwe wobec drugiego syna, który byłby przecież prawdziwym pierworodnym dziedzicem rodu Malfoyów. I na odwrót: gdyby dali wszystko drugiemu synowi, pierwszy odczułby to jako krzywdę.
***
W pewien mroźny, styczniowy wieczór Malfoy Manor nawiedził deszcz sów. Marietta, która pozostawała w ścisłym kontakcie z Hermioną i Ginny, zwróciła się z rozpaczliwą prośbą o pomoc. Wszystko wskazywało na to, że jej poród rozpocznie się lada moment, a Dudleya nie ma w domu. Była na izbie przyjęć, ale odesłano ją do innego szpitala, na drugim końcu miasta, twierdząc, że z pewnością panikuje, bo termin porodu ma przecież za prawie trzy tygodnie. Draco bardzo się zirytował. Wiedział, że szpital ma obowiązek przewieźć ciężarną karetką do kolejnego szpitala, ale widać ktoś nie dopełnił procedur. Hermiona, sama czując się niewyraźnie obawiała się, że na boksowanie ze szpitalem jest za późno i poleciła sprowadzić Mariettę do Malfoy Manor, w którym Hermiona przez ostatnie dni była pod stałą opieką położnika. Draco nie zwlekając ani chwili, deportował się do mieszkania Marietty, którą miał przewieźć taksówką.
Hermiona, umówiona wcześniej z Ginny, że da znać jak któraś z nich poczuje, że to już usiadła przy stole z zamiarem napisania krótkiej wiadomości. Nie zdążyła umoczyć pióra, gdy przed nią zmaterializował się srebrny jeleń wykrzykując wiadomość, że Ginny ma mocne, nieregularne skurcze, a w Świętym Mungu mają komplet pacjentek i nie ma kto się zająć panią Potter, która zaczęła dopiero przecież trzydziesty szósty tydzień ciąży i czy oni mogliby skorzystać z pomocy lekarza wynajętego do opieki nad Hermioną.
Pani Malfoy zaskoczona i lekko rozbawiona wizją dwóch porodów krewnych Harry’ego Pottera w jednym czasie, wysłała niezwłocznie swoje tak.
Emocje dawały jej się we znaki i poczuła się trochę zmęczona. Zawołała Alberta i poleciła mu obudzenie doktora, który musi sprowadzić jeszcze przynajmniej jedną położna, bo ich dom chwilowo zamienia się w porodówkę. Kamerdyner z kamienną miną rozdzielił pracę między skrzaty domowe, a sam pobiegł na piętro budzić doktora. W tym samym czasie na podjazd Malfoy Manor zajechał Błędny Rycerz, z którego wyszli zieloni na twarzy Draco i Marietta. Hermiona darowała sobie reprymendę jaka cisnęła jej się na usta, rozumiała, że podróż czarodziejskim środkiem lokomocji była konieczna, bo czas porodu potomka Wielkiego De właśnie nadszedł.
W pośpiechu zaprowadzili Mariettę do uprzednio przygotowanego pokoju i oddali ją w ręce położnej, która przed sekundą wyszła z kominka i od razu zabrała się do pracy. Zaraz po niej, w salonie państwa Malfoy, pojawili się zaniepokojeni Potterowie i chwilę później rodzina Weasleyów. Rąk do pracy nie brakowało, więc Ginny bez trudu rozgościła się w sypialni obok pokoju Marietty.
Nie wiadomo czy sprawił to nagły wysiłek, zdenerwowanie czy tak po prostu miało być, ale nieoczekiwanie okazało się, że to chyba już, również dla Hermiony. Dzieci mają, jak wiadomo, w zwyczaju przychodzić na świat w nocy, kiedy sprawia to wszystkim najwięcej kłopotu. Akcja na piętrze w Malfoy Manor rozkręcała się w zadziwiającym tempie. Godzinę po przyjeździe Marietty, do Malfoy Manor wpadł zdyszany Dudley z depczącą mu po piętach Petunią i zdenerwowanym Vernonem Dursleyem, których w bliżej nieokreślony sposób, sprowadził Ron. Nie obeszło się bez napomnienia przez Percy’ego, że niezarejestrowane świstokliki są nielegalne, ale pani Weasley szybko ucięła zapędy starszego syna stwierdzeniem, że przypomni mu to, gdy będzie się rodziło jego dziecko.
Hermiona i Draco zdążyli wielokrotnie już przebyć drogę od poczucia bezpieczeństwa do lęku i zwątpienia, i teraz oczekiwali rozwiązania jakby w odrętwieniu. Wyglądało na to, że dziecko Hermiony będzie wyjątkowo duże. Krzyki i przekleństwa dobiegające z pokoju Ginny, nie dodawały jej otuchy. Mężczyźni nie wiedząc co mają robić, zostali chwilowo wyproszeni za drzwi. Pani Weasley, kobieta, która urodziła i wychowała siedmioro dzieci i była niewątpliwie mistrzynią organizacji, zarządziła przeniesienie rodzących do jednego pokoju. Wszyscy zgodnie zastanawiali się dlaczego wcześniej na to nie wpadli, bezradnie patrząc na lekarza, który uwijał się jak w ukropie biegając między pokojami gdy chciał zrobić najprostsze badanie.
Marietta, Ginny i Hermiona z ulgą przyjęły fakt, że nie muszą być już same, każda w swoim pokoju. Były ze sobą tak blisko, że chętnie mogły dzielić się tym wyjątkowym wydarzeniem, a i ich partnerom było wyraźnie raźniej, gdy widzieli, że nie tylko oni są bliscy omdlenia, bo koledzy również nie czuli się zbyt pewnie. Wielokrotnie wpadano w popłoch, bo rozwiązanie każdej z nich, na przemian zdawało się tuż, tuż. Były to jednak fałszywe alarmy. Właściwy czas nadszedł dopiero po wielu godzinach.
Lekarz w tym czasie sprowadził sobie pomoc w postaci dwóch kolejnych położnych, aby każda rodząca miała osobistą opiekę. Sam dyżurował przez cały czas w pokoju, bo szczególnie stan Ginny nie bardzo mu się podobał...
Nagle czuwający za drzwiami mężczyźni usłyszeli rozdzierający krzyk. Przedtem słychać było tylko ciche pojękiwanie lub wybuchy śmiechu. Coraz silniejsze bóle dziewczyny znosiły w milczeniu, zaciskając zęby lub maskowały żartami i trochę wymuszonym śmiechem.
Teraz znowu zaległa cisza, słyszeli tylko pospieszne kroki. Postanowili wejść do środka, nie ważne która z nich teraz rodziła, czuli że powinni przy tym być. Wiedzieli, że miejsce każdego z nich jest przy głowie rodzącej i tego się trzymali, żadnego z nich nie kusiła perspektywa zobaczenia czegoś więcej. Nie byli pewni czy umieliby to znieść z godnością jaka przystoi prawdziwemu mężczyźnie.
Patrzyli z podziwem na zgrany zespół jaki stworzyły wszystkie trzy położne, których różdżki śmigały tylko w powietrzu.
I oto...W ciszy rozległo się żałosne, skrzypliwe kwilenie, jakby ktoś próbował
wprawić w ruch zardzewiałe koło.
Krew zaczęła gwałtownie pulsować w żyłach Harry'ego, który zdał sobie sprawę, że to właśnie jego dzieciątko przychodzi a świat. Dzielnie trzymał rękę Ginny, która wkładała wszystkie siły w produktywne parcie.
Moje dziecko, pomyślał, z trudem przełykając ślinę. Nowy mały człowiek. Prawdziwy Potter.
– Gratuluję córeczki, panie Potter – powiedziała położna, podając różdżkę Harry’emu, który z fascynacją w oczach delikatnie przyłożył ją do pulsującej pępowiny, aby ją odciąć.
Magiczna chwila została przerwana krzykiem Hermiony. Teraz przyszła kolej na Draco, który na przemian modlił się do chrześcijańskiego Boga i wzywał Merlina. Powrócił myślami do tamtego dnia, kiedy Hermiona zwierzyła mu się ze swoich podejrzeń, że chyba spodziewa się dziecka, ich dziecka. Nie mógł w to uwierzyć, bo zawsze wyobrażał sobie, że ze względu na swoje dawniejsze przejścia nie będzie w stanie spłodzić potomka. Zwłaszcza po chorobie, kiedy jego ciało od pasa w dół było sparaliżowane. Dzięki ci, dobry Boże, za ten cud!
Jego rozmyślania przerwał mocny uścisk Hermiony, która ze wszystkich sił starała się nie krzyczeć. Dziedzic Malfoy Manor pchał się na świat. Draco zakręciło się w głowie. Lekarz zareagował natychmiast sadzając go na krześle i dając jakiś parujący eliksir do wypicia.
Nagle zrobił się szum i do Marietty podbiegły dwie położne i lekarz. Przy Hermionie została tylko jedna kobieta, która teraz złożyła w ramionach Draco maleńkie zawiniątko i poprosiła go o opuszczenie pokoju.
Na Salazara, węzełek leciutki jak piórko. Tam chyba niczego nie ma!
Przyglądał się niepewnie.
Biały jak śnieg lok włosów. Ciemnoczerwona twarzyczka. Dwie niewiarygodnie małe, wymachujące rączki.
– Mała księżniczka, panie Malfoy. Córeczka.
Draco znowu przełknął ślinę. Jego córeczka! Dziewczynka.
Delikatne ukłucie zawodu pojawiło się w sercu i natychmiast zniknęło. Bo gdy już trzymał tę małą istotkę w ramionach, ogarnęło go uczucie więzi z nią, czułość i odpowiedzialność. Zalała go wielka fala miłości. Śmiał się i czuł, że wzrok znowu mu się mąci.
– A Hermiona była taka gruba, a urodziła taką kruszynkę! Prawie nic! Ale za to jakie nic! – oznajmił z dumą jaką może czuć tylko prawdziwy ojciec. Znowu musiał podziwiać swoją nowo narodzoną córeczkę.
Szybkim krokiem podszedł do nich lekarz, który chwilowo opuścił Mariettę.
– O nie, panie Malfoy! To jeszcze nie koniec! Będzie jeszcze coś!
– Co?
– Idź szybko do pani Malfoy – powiedział lekarz do położnej.
Bliźnięta? Dwie małe dziewczynki! Hermiona miała jednak racje! Będą bliźniaki!
Położna wyrwała mu dziecko i pobiegła do rodzącej. Draco stał z pustymi rękami i wsłuchiwał się w żałosne kwilenie.
Ale kiedy ja ją trzymałem, to nie płakała, pomyślał. Może czuła się bezpieczna u mnie, swego tatusia?
Chciał w każdym razie wierzyć, że tak było.
Na korytarz został wyproszony również Harry i Dudley, coś wyraźnie szło nie tak. Państwo Dursley i państwo Weasley okrążyli Harry’ego i jego maleńką córeczkę.
Za drzwiami zaległa cisza, która była gorsza niż wszystkie krzyki.
Nagle dziecięce głosiki zmieszały się ze sobą. Dzieci! Ich dzieci!
Jeszcze raz dzięki, dobry Boże!
Teraz Dudley i Draco nie mogli już stać posłusznie za drzwiami. Jeden przez drugiego wpadli do pokoju.
– Zaraz, chwileczkę – zawołała położna, która skończyła ogarniać wymęczoną Ginny. - No dobrze, proszę! Zapraszam też pana Pottera, dziecko trzeba przystawić do piersi, a poza tym kontakt „skóra do skóry” jest bardzo istotny i szkoda by było nie skorzystać.
Draco podszedł do Hermiony. Zobaczył przed sobą zmęczone, lecz rozjarzone oczy żony. Ich położna także się śmiała. Narodziny bliźniąt to zawsze nadzwyczajne wydarzenie, pomyślał Draco zaglądając do obszernej kuwetki.
–
Ale… – zdziwił się Draco.
–
Trojaczki, panie Malfoy. Dziewczynka i dwóch chłopców, jest czego gratulować.
–
Ale... one nie są takie same! – zawołał Draco nie wiedząc co więcej mógłby
powiedzieć.
Faktycznie,
chłopcy mieli ciemne, lśniące włosy, układające się w loki, podczas gdy włosy
dziewczynki były całkowicie proste. Rysy twarzy też się różniły, ale tylko odrobinę.
Oboje z Hrmioną myśleli o tym samym: o zaczarowanym miejscu w lesie, gdzie
dzieci zostały poczęte. A może naprawdę przewrotna czarownica Sol, roześmiana
szelmowsko, tam była? I sprawiła im taką wspaniałą niespodziankę!
Ale
to tylko taka nic nie znacząca myśl, która przyszła im do głowy.
Wszystkie
dzieci były zdrowe i dobrze zbudowane. Cała szóstka, bo gdy emocje już opadły,
okazało się, że Marietta urodziła bliźnięta, dziewczynkę i chłopca. Nie
wiedzieli, czy błąd w odczycie USG, zarówno tym magicznym jak i mugolskim, był
przypadkowym zbiegiem okoliczności, czy też oznaczał coś o czym jeszcze nie
wiedzieli.
– Ale zamieszanie – posumował niesamowitą noc lekarz, który przywitał na świecie, prawie jednocześnie, sześć nowych istnień.
***
pięć lat później
– Mamusiu, mamusiu, czy to prawda, że Lily i Bruno pójdą z nami do Hogwartu? – emocjonowała się mała Adrianne. William i Marcus przysłuchiwali się z boku siostrze i szeptali między sobą.
– Mamusiu, mamusiu, czy to prawda, że Lily i Bruno pójdą z nami do Hogwartu? – emocjonowała się mała Adrianne. William i Marcus przysłuchiwali się z boku siostrze i szeptali między sobą.
– A skąd ty młoda damo o tym wiesz? – zapytała rozbawiona Hermiona, wiedziała, że przed jej córką nic się nie ukryje.
– Sandy mi powiedziała. Babcia Petunia była u nich i opowiadała, że dziadek Vernon jest bardzo dumny!
– Niemożliwe, taki mugol jak Vernon Dursley jest dumny z małych czarodziejów w rodzinie? – kpiącym głosem zapytał Draco, który podszedł do żony i dzieci siedzących na kocu w cieniu rozłożystej jabłoni.
– Draco! – skarciła go Hermiona. – Zważaj na słowa przy dzieciach.
– Mugol to niemagiczny czarodziej, tak mamusiu? – zapytał William.
– Aleś ty głupi Willy, jak czarodziej może być niemagiczny? – obruszyła się Adrianne.
– Nie wolno się przezywać, tatusiu, ona go przezywa – w obronie brata stanął Marcus.
– Adrianne, nie wolno nazywać brata głupim. Willy, mugol to niemagiczny człowiek. To ktoś kto nie jest czarodziejem.
– Dziadzia Vernon, to największy mugol na świecie – zapewnił Willy, a widząc protest Hermiony, dodał: – tak mówi wujek Harry!
– Wujek Harry ma trochę racji, ale przecież lubicie dziadka Vernona, prawda?
– Prawda, ma takie śmieszne wąsy – za całą trójkę zdecydowała Adrianne, – ale i tak wolimy dziadka Lucka, bo pozwala nam latać na miotłach.
– Chyba muszę porozmawiać o tym z waszym dziadkiem – powiedział Draco. – Nie wiecie gdzie go znajdę?
– Poszedł z dziadkiem Gregiem na ryby. Wyglądają bardzo głupio mocząc długie kije w wodzie. Dlaczego tak robią, tatusiu? – zaciekawił się Marcus.
– Chodźcie ze mną, smyki. Wszystko wam wyjaśnię.
Dzieci chętnie poderwały się z koca i pobiegły w stronę domu, już od progu wołając Ogryzka, który z pewnością naszykuje im sporą wałówkę domowych przysmaków. Hermiona z uśmiecham przyjęła całusa, którego złożył na jej policzku Draco, w pośpiechu goniąc za trojaczkami. Była szczęśliwa.
Harry i Ginny oczekiwali właśnie drugiego dziecka, i przedmiotem żartów stał się fakt, że i tym razem pani Potter nie będzie rodziła sama, ponieważ Ron i Lavender również spodziewali się dziecka. Dursleyowie utrzymywali bliski kontakt z rodziną Harry’ego przez co zaprzyjaźnili się również z Malfoyami. Marietta dbała o to, aby jej bliźniaki wychowywały się razem z dziećmi, które tej samej styczniowej nocy, przyszły na świat. Całkiem niedawno zaskoczyły ją wyjątkowe zdolności jakie przejawiały maluchy. Swoimi wątpliwościami podzieliła się właśnie z Hermioną, która doradziła jej zwierzenie się Dudleyowi, który magię trochę znał i akceptował. Największe obawy wzbudzała oczywiście reakcja Vernona, który finalnie zaskoczył wszystkich pękając z dumy. Przecież to oczywiste, że jego wnuki są genialne i nic w tym dziwnego, że są czarodziejami, stwierdził najnormalniej w świecie, wprawiając wszystkich w prawdziwe osłupienie. Zapowiedział, że Lily i Bruno z pewnością będą najlepsi w tym całym Hogwarcie, bo tęgi umysł odziedziczyły po dziadku. Nikt nie odważył się tego skomentować.
Szach i mat, Kochani :)