Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szach i mat kochanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szach i mat kochanie. Pokaż wszystkie posty

2 października 2015

Szach i mat, Kochanie EPILOG



Witajcie. Nadszedł czas pożegnania się z historią Draco i Hermiony, pisanej na podstawie książki p. Margit Sandemo, która jest piątą częścią czterdziestosiedmio tomowego opowiadania pt.: Saga o Ludziach Lodu. Historia Aleksandra i Cecylii, była zawsze mi bardzo bliska i chociaż stanowili oni tę mniej ciekawą gałąź rodu, to opowieść o ich  miłości skradła me serce. Cieszę się, że tak dobrze przyjęliście ją w opowiadaniu dramione, bo jak wiecie, miałam co do tego wątpliwości i chwilami ciężko mi się pisało. Pragnę Wam podziękować, że towarzyszyliście mi właściwie od początku tego opowiadania, wspieraliście, dodawaliście otuchy komentarzami gdy miałam już dość tego rodzaju pisania. Cieszę się również z tego, że wątki wprowadzone przeze mnie, Was zaciekawiły. Czasami nawet bardziej niż ten zaczerpnięty z oryginału. To znak, że jednak udało mi się połączyć te dwa światy.

Zachęcam wszystkich gorąco do poznania całej sagi o Ludziach Lodu. Znajdziecie tam wszystko czego dusza zapragnie, ale nie miejcie zbyt dużych wymagań. Jest to literatura rozrywkowa, lekka i przyjemna, ale nic ponadto. Znajdziecie tam emocjonujące opisy, nutkę mistycyzmu, chwile wzruszenia i radości.

A teraz zapraszam Was na ostatnią odsłonę tego opowiadania :*

P.S. literówki i formatowanie poprawię jak zwykle na spokojnie, dziś już nie mam siły walczyć z bloggerem :P 

 

 

EPILOG

 
***
 
Harry Potter niespodziewanie miał zostać wujkiem. Zalana łzami ciotka Petunia, zadzwoniła do niego w środku nocy, zaskakując go wiadomością, że Dudley niebawem zostanie ojcem. Fakt, że Marietta jest w ciąży ukrywali przed wszystkimi równe dwa miesiące, by przeczekać największe ryzyko poronienia. Gdy ciąża Marietty wkroczyła w trzynasty tydzień, szczęśliwi przyszli rodzice postanowili podzielić się tym faktem z najbliższą rodziną i przyjaciółmi. Tak więc gdy tylko opadły emocje, a na nieszczęście Harry’ego miało to miejsce o drugiej w nocy, Petunia Dursley postanowiła powiadomić o wszystkim siostrzeńca.
 
Ginny słysząca radosną nowinę, uświadomiła Harry’ego, że dziecko Wielkiego De urodzi się mniej więcej w tym samym czasie co potomek państwa Malfoy. Wybraniec ziewnął przeciągle i podrapał się w głowę myśląc o gigantycznej wyprawce jaką przyjdzie mu kupić. W końcu nie wszyscy jeszcze wiedzieli, że on i Ginny również spodziewają się dziecka. Co prawda ich potomek spędził w brzuchu swojej mamy dopiero niespełna dziesięć tygodni i z tego względu radosną nowiną nie podzielili się jeszcze z nikim, ale gdyby dziewczyny się postarały, to mogłyby urodzić w tym samym czasie. Ginny widocznie pomyślała to samo, bo z ogromną ckliwością zaczęła gładzić swój, jeszcze płaski brzuch.

 
Draco i Hermiona żyli własnym życiem, od czasu do czasu spotykając się z przyjaciółmi i rozprawiając o losach Ludzi Lodu, które oboje znali już na pamięć. W Malfoy Manor, ku skrywanej rozpaczy Hermiony i mniej starannie ukrytej złości Draco, rządy przejęła Narcyza. Dowiedziawszy się, że Hermiona ponownie oczekuje dziecka, przyjechała natychmiast, nie zważając na nieśmiałe protesty Lucjusza. Teraz nic nie mogło zagrozić dziedzicowi majątku, nazwiska i wszystkiego! Tym razem Narcyza dopilnuje, żeby wszystko poszło jak trzeba! Lucjusz Malfoy, ze źle skrywanym wyrazem ulgi, stwierdził, że nie będzie burzył życia dzieci dodatkowo swoją obecnością i czym prędzej wrócił do domu cieszyć się odrobiną swobody.

Młodzi państwo Malfoy szybko się zorientowali, jak bardzo byli szczęśliwi, że udało im się unikać częstych wizyt Narcyzy w czasie długiej choroby Draco. Teraz jednak z równym powodzeniem mogliby próbować powstrzymać wiatr. Narcyza była nieubłagana i nie chciała się ugiąć nawet wtedy, gdy bardzo delikatnie zasugerowali jej, że nocować mogłaby u siebie w domu. Tego, że chcieliby odpocząć chociaż w nocy już nie dodali. Odpowiedź starszej pani Malfoy była krótka - nie. Jeżeli Hermiona będzie potrzebowała pomocy w środku nocy, to przecież Narcyza musi być pod ręką. Na nic zdały się nieśmiałe protesty i zapewnienia, pani Malfoy wprowadziła się na dobre.

Ależ ona wszystkimi komenderowała! Była taka dobra, miła i troskliwa, i pragnęła wyłącznie ich dobra. Mało brakowało, a zagłaskałaby ich na śmierć. W oczach służby pojawiał się coraz częściej wyraz desperacji. Ogryzek, który do tej pory ubóstwiał swoją byłą panią, czmychał teraz gdzie pieprz rośnie zawsze wtedy, gdy Narcyza pojawiała się w zasięgu jego wyłupiastego wzroku. Albert, już i tak prawie łysy, rwał sobie po kryjomu włosy z głowy, i błogosławił chwile, gdy Narcyza Malfoy udawała się na spoczynek. Szybko opracował przebiegły system dodawania do jej porannej herbaty kilku kropel eliksiru na sen, co dawało domownikom kilka dodatkowych chwil wytchnienia. Niestety nie mieli ich codziennie, bo wszystkim zależało na tym, aby Narcyza nie zorientowała się, że jej senność nie wynika ze wzmożonej aktywności, a jest efektem ukartowanego spisku. Zbyt wysoko cenili jej pomoc, żeby narażać ją na przykrości.

Niestety Hermiona z trudem znosiła nadmiar opieki teściowej. Narcyza zabraniała jej wstawać z łóżka, nie mówiąc już o tym, by mogła wyjść na dwór, zaczerpnąć trochę świeżego powietrza... W końcu Hermiona doznała olśnienia i postanowiła raz jeszcze skorzystać z pomocy Cecylii i Alexandra. Idąc ich przykładem, Draconowi udało się podstępem wyprawić uczynną matkę do jej posiadłości. Miał tylko nadzieję, że ojciec nie będzie miał mu za złe tego, że trochę nakłamał, sugerując, że przedłużająca się nieobecność Narcyzy w domu, będzie doskonałym powodem dla wszystkich jej przyjaciółek aby zadbać o wygody Lucjusza.

Gdy Narcyza pakując się pospiesznie, deportowała się do domu, przyszli rodzice zapadli każde w swoim fotelu i śmiali się z ulgą.

– To na pewno będzie ogromny chłopiec – przepowiadał Draco, pieszcząc wzrokiem kształty Hermiony, które ona usiłowała ukryć pod obszerną sukienką.

Hermiona spoważniała.

– Nie wierzysz, że to będą bliźniaki, prawda?

– Nie. Za dużą wagę przykładasz do historii Ludzi Lodu. Przecież Gabriel podkreślał aby tego nie robić. To jest nasze życie, Hermiono. Tylko nasze.

– Może masz racje, ale jakoś tak czuję, że i tym razem nasze losy się splotą. To zabrzmi pewnie jak herezja, ale jak myślę o naszych dzieciach, nie umiem się pozbyć pewnego wspomnienia. Pamiętasz? Wtedy w lesie, w Grastensholm, doznałam takiego dziwnego, przemożnego uczucia, że ktoś jest w pobliżu.

Draco przyglądał jej się rozbawiony.

– Pamiętam, ale myślę, że ponosi cię fantazja.

– Nie, nie potrafię tego wytłumaczyć, ale wtedy nie mogłam się uwolnić od myśli o czarownicy Sol. Ona musiała tam być, Draco. Zjawiła się przed nami.

– I myślisz, że miejsce było zaczarowane?

– Albo pobłogosławione. Zaszłam przecież w ciążę, tak samo jak Cecylia!

– Tak, to prawda.

Hermiona nie dokończyła swojej myśli, która była zadziwiająco podobna do wątpliwości jakie targały przed laty Cecylią.

Napotkała wzrok Draco i zrozumiała, że on myśli o tym samym. Czarownica Ludzi Lodu obecna przy poczęciu? Kim w takim razie będą te dzieci?

Wstał i stanął za jej fotelem, jakby chciał ją chronić. Ale jak zdołałby ją ochronić przed atakiem od wewnątrz?

– To niemożliwe. Przecież byliśmy na badaniach. USG wyraźnie wskazuje jedno dziecko, dorodnego chłopca.

Hermiona odpowiedziała porywczo:

– To tylko maszyna, może się mylić!

– Ale...

– Są takie zjawiska jak intuicja i ja w nią wierzę!

Nie denerwuj się, przecież wiesz, że też chciałbym dwójkę dzieci – roześmiał się Draco, pozwalając sobie na chwilowe zatopienie się w marzeniach. Gdyby mieć tak chłopca i dziewczynkę? Od razu! Cóż za cudowna opcja.

– Wiem, kochany, wiem. Mógłbyś poprosić Ogryzka o odrobinę tej krajanki z melasy, którą przysłał mi Hagrid? Jakoś naszła mnie ogromna ochota na słodycze.

Draco skierował się w stronę wyjścia postanawiając wyręczyć Ogryzka, dochodzącego do siebie po wizycie Narcyzy, którą co prawda ubóstwiał, ale się od niej odzwyczaił.

– Możesz też przynieść trochę kiszonych ogórków, które podrzuciła wczoraj Petunia, są przepyszne!

Draco przyzwyczajony już do zachcianek żony, odwrócił się tylko i z rozbrajającym uśmiechem zapytał:

– Czy coś jeszcze ci przynieść?

– Nie, już wystarczy. Chociaż… może ze dwie pomarańcze, co?
Jak sobie życzysz – puścił do żony oczko i wymaszerował z pokoju.

Hermionie nagle zmienił się nastrój. Pomyślała o dziecku, które utraciła. Wiedziała, że to był chłopiec. Pamiętała jak bardzo zdenerwowała się na Draco, gdy przypadkowo ujawnił tę informację, która sprawiła, że mała istotka stała się bardziej rzeczywista. Hermiona wierzyła, że gdzieś pośród aniołów jest mu lepiej. Jej stan sprawiał, że zrobiła się ostatnio nadwrażliwa. Wybuchnęła płaczem. Tak bardzo było jej żal straconego dziecka. Była pewna, że mogłaby go pokochać. Poczęty przypadkiem przez ludzi, którzy nic dla siebie nie znaczyli. I nawet nie dane mu było ujrzeć dziennego światła! Biedny mały robaczek!

Rozumiała, że w obecnej sytuacji lepiej się stało, że jej pierwszy synek odszedł. Gdyby teraz urodziła syna, a miała już przedtem jednego, mogłyby powstać poważne komplikacje z dziedziczeniem i podobnymi sprawami. Mimo że Draco uznałby to pierwsze dziecko za własne. Nie byłoby to jednak sprawiedliwe wobec drugiego syna, który byłby przecież prawdziwym pierworodnym dziedzicem rodu Malfoyów. I na odwrót: gdyby dali wszystko drugiemu synowi, pierwszy odczułby to jako krzywdę.

***

W pewien mroźny, styczniowy wieczór Malfoy Manor nawiedził deszcz sów. Marietta, która pozostawała w ścisłym kontakcie z Hermioną i Ginny, zwróciła się z rozpaczliwą prośbą o pomoc. Wszystko wskazywało na to, że jej poród rozpocznie się lada moment, a Dudleya nie ma w domu. Była na izbie przyjęć, ale odesłano ją do innego szpitala, na drugim końcu miasta, twierdząc, że z pewnością panikuje, bo termin porodu ma przecież za prawie trzy tygodnie. Draco bardzo się zirytował. Wiedział, że szpital ma obowiązek przewieźć ciężarną karetką do kolejnego szpitala, ale widać ktoś nie dopełnił procedur. Hermiona, sama czując się niewyraźnie obawiała się, że na boksowanie ze szpitalem jest za późno i poleciła sprowadzić Mariettę do Malfoy Manor, w którym Hermiona przez ostatnie dni była pod stałą opieką położnika. Draco nie zwlekając ani chwili, deportował się do mieszkania Marietty, którą miał przewieźć taksówką.

Hermiona, umówiona wcześniej z Ginny, że da znać jak któraś z nich poczuje, że to już usiadła przy stole z zamiarem napisania krótkiej wiadomości. Nie zdążyła umoczyć pióra, gdy przed nią zmaterializował się srebrny jeleń wykrzykując wiadomość, że Ginny ma mocne, nieregularne skurcze, a w Świętym Mungu mają komplet pacjentek i nie ma kto się zająć panią Potter, która zaczęła dopiero przecież trzydziesty szósty tydzień ciąży i czy oni mogliby skorzystać z pomocy lekarza wynajętego do opieki nad Hermioną.

Pani Malfoy zaskoczona i lekko rozbawiona wizją dwóch porodów krewnych Harry’ego Pottera w jednym czasie, wysłała niezwłocznie swoje tak.

Emocje dawały jej się we znaki i poczuła się trochę zmęczona. Zawołała Alberta i poleciła mu obudzenie doktora, który musi sprowadzić jeszcze przynajmniej jedną położna, bo ich dom chwilowo zamienia się w porodówkę.  Kamerdyner z kamienną miną rozdzielił pracę między skrzaty domowe, a sam pobiegł na piętro budzić doktora. W tym samym czasie na podjazd Malfoy Manor zajechał Błędny Rycerz, z którego wyszli zieloni na twarzy Draco i Marietta. Hermiona darowała sobie reprymendę jaka cisnęła jej się na usta, rozumiała, że podróż czarodziejskim środkiem lokomocji była konieczna, bo czas porodu potomka Wielkiego De właśnie nadszedł.

W pośpiechu zaprowadzili Mariettę do uprzednio przygotowanego pokoju i oddali ją w ręce położnej, która przed sekundą wyszła z kominka i od razu zabrała się do pracy. Zaraz po niej, w salonie państwa Malfoy, pojawili się zaniepokojeni Potterowie i chwilę później rodzina Weasleyów. Rąk do pracy nie brakowało, więc Ginny bez trudu rozgościła się w sypialni obok pokoju Marietty.

Nie wiadomo czy sprawił to nagły wysiłek, zdenerwowanie czy tak po prostu miało być, ale nieoczekiwanie okazało się, że to chyba już, również dla Hermiony. Dzieci mają, jak wiadomo, w zwyczaju przychodzić na świat w nocy, kiedy sprawia to wszystkim najwięcej kłopotu. Akcja na piętrze w Malfoy Manor rozkręcała się w zadziwiającym tempie. Godzinę po przyjeździe Marietty, do Malfoy Manor wpadł zdyszany Dudley z depczącą mu po piętach Petunią i zdenerwowanym Vernonem Dursleyem, których w bliżej nieokreślony sposób, sprowadził Ron. Nie obeszło się bez napomnienia przez Percy’ego, że niezarejestrowane świstokliki są nielegalne, ale pani Weasley szybko ucięła zapędy starszego syna stwierdzeniem, że przypomni mu to, gdy będzie się rodziło jego dziecko.

Hermiona i Draco zdążyli wielokrotnie już przebyć drogę od poczucia bezpieczeństwa do lęku i zwątpienia, i teraz oczekiwali rozwiązania jakby w odrętwieniu. Wyglądało na to, że dziecko Hermiony będzie wyjątkowo duże. Krzyki i przekleństwa dobiegające z pokoju Ginny, nie dodawały jej otuchy. Mężczyźni nie wiedząc co mają robić, zostali chwilowo wyproszeni za drzwi. Pani Weasley, kobieta, która urodziła i wychowała siedmioro dzieci i była niewątpliwie mistrzynią organizacji, zarządziła przeniesienie rodzących do jednego pokoju. Wszyscy zgodnie zastanawiali się dlaczego wcześniej na to nie wpadli, bezradnie patrząc na lekarza, który uwijał się jak w ukropie biegając między pokojami gdy chciał zrobić najprostsze badanie.

Marietta, Ginny i Hermiona z ulgą przyjęły fakt, że nie muszą być już same, każda w swoim pokoju. Były ze sobą tak blisko, że chętnie mogły dzielić się tym wyjątkowym wydarzeniem, a i ich partnerom było wyraźnie raźniej, gdy widzieli, że nie tylko oni są bliscy omdlenia, bo koledzy również nie czuli się zbyt pewnie. Wielokrotnie wpadano w popłoch, bo rozwiązanie każdej z nich, na przemian zdawało się tuż, tuż. Były to jednak fałszywe alarmy. Właściwy czas nadszedł dopiero po wielu godzinach.

Lekarz w tym czasie sprowadził sobie pomoc w postaci dwóch kolejnych położnych, aby każda rodząca miała osobistą opiekę. Sam dyżurował przez cały czas w pokoju, bo szczególnie stan Ginny nie bardzo mu się podobał...

Nagle czuwający za drzwiami mężczyźni usłyszeli rozdzierający krzyk. Przedtem słychać było tylko ciche pojękiwanie lub wybuchy śmiechu. Coraz silniejsze bóle dziewczyny znosiły w milczeniu, zaciskając zęby lub maskowały żartami i trochę wymuszonym śmiechem.

Teraz znowu zaległa cisza, słyszeli tylko pospieszne kroki. Postanowili wejść do środka, nie ważne która z nich teraz rodziła, czuli że powinni przy tym być. Wiedzieli, że miejsce każdego z nich jest przy głowie rodzącej i tego się trzymali, żadnego z nich nie kusiła perspektywa zobaczenia czegoś więcej. Nie byli pewni czy umieliby to znieść z godnością jaka przystoi prawdziwemu mężczyźnie.

Patrzyli z podziwem na zgrany zespół jaki stworzyły wszystkie trzy położne, których różdżki śmigały tylko w powietrzu.
I oto...W ciszy rozległo się żałosne, skrzypliwe kwilenie, jakby ktoś próbował wprawić w ruch zardzewiałe koło.

Krew zaczęła gwałtownie pulsować w żyłach Harry'ego, który zdał sobie sprawę, że to właśnie jego dzieciątko przychodzi a świat. Dzielnie trzymał rękę Ginny, która wkładała wszystkie siły w produktywne parcie.

Moje dziecko, pomyślał, z trudem przełykając ślinę. Nowy mały człowiek. Prawdziwy Potter.

– Gratuluję córeczki, panie Potter – powiedziała położna, podając różdżkę Harry’emu, który z fascynacją w oczach delikatnie przyłożył ją do pulsującej pępowiny, aby ją odciąć.

Magiczna chwila została przerwana krzykiem Hermiony. Teraz przyszła kolej na Draco, który na przemian modlił się do chrześcijańskiego Boga i wzywał Merlina. Powrócił myślami do tamtego dnia, kiedy Hermiona zwierzyła mu się ze swoich podejrzeń, że chyba spodziewa się dziecka, ich dziecka. Nie mógł w to uwierzyć, bo zawsze wyobrażał sobie, że ze względu na swoje dawniejsze przejścia nie będzie w stanie spłodzić potomka. Zwłaszcza po chorobie, kiedy jego ciało od pasa w dół było sparaliżowane. Dzięki ci, dobry Boże, za ten cud!

Jego rozmyślania przerwał mocny uścisk Hermiony, która ze wszystkich sił starała się nie krzyczeć. Dziedzic Malfoy Manor pchał się na świat. Draco zakręciło się w głowie. Lekarz zareagował natychmiast sadzając go na krześle i dając jakiś parujący eliksir do wypicia.

Nagle zrobił się szum i do Marietty podbiegły dwie położne i lekarz. Przy Hermionie została tylko jedna kobieta, która teraz złożyła w ramionach Draco maleńkie zawiniątko i poprosiła go o opuszczenie pokoju.

Na Salazara, węzełek leciutki jak piórko. Tam chyba niczego nie ma!

Przyglądał się niepewnie.

Biały jak śnieg lok włosów. Ciemnoczerwona twarzyczka. Dwie niewiarygodnie małe, wymachujące rączki.

– Mała księżniczka, panie Malfoy. Córeczka.

Draco znowu przełknął ślinę. Jego córeczka! Dziewczynka.

Delikatne ukłucie zawodu pojawiło się w sercu i natychmiast zniknęło. Bo gdy już trzymał tę małą istotkę w ramionach, ogarnęło go uczucie więzi z nią, czułość i odpowiedzialność. Zalała go wielka fala miłości. Śmiał się i czuł, że wzrok znowu mu się mąci.

– A Hermiona była taka gruba, a urodziła taką kruszynkę! Prawie nic! Ale za to jakie nic! – oznajmił z dumą jaką może czuć tylko prawdziwy ojciec. Znowu musiał podziwiać swoją nowo narodzoną córeczkę.

Szybkim krokiem podszedł do nich lekarz, który chwilowo opuścił Mariettę.

– O nie, panie Malfoy! To jeszcze nie koniec! Będzie jeszcze coś!

– Co?

Idź szybko do pani Malfoy – powiedział lekarz do położnej.

Bliźnięta? Dwie małe dziewczynki! Hermiona miała jednak racje! Będą bliźniaki!

Położna wyrwała mu dziecko i pobiegła do rodzącej. Draco stał z pustymi rękami i wsłuchiwał się w żałosne kwilenie.

Ale kiedy ja ją trzymałem, to nie płakała, pomyślał. Może czuła się bezpieczna u mnie, swego tatusia?

Chciał w każdym razie wierzyć, że tak było.

Na korytarz został wyproszony również Harry i Dudley, coś wyraźnie szło nie tak. Państwo Dursley i państwo Weasley okrążyli Harry’ego i jego maleńką córeczkę.

Za drzwiami zaległa cisza, która była gorsza niż wszystkie krzyki.

Nagle dziecięce głosiki zmieszały się ze sobą. Dzieci! Ich dzieci!

Jeszcze raz dzięki, dobry Boże!

Teraz Dudley i Draco nie mogli już stać posłusznie za drzwiami. Jeden przez drugiego wpadli do pokoju.

– Zaraz, chwileczkę – zawołała położna, która skończyła ogarniać wymęczoną Ginny. - No dobrze, proszę! Zapraszam też pana Pottera, dziecko trzeba przystawić do piersi, a poza tym kontakt „skóra do skóry” jest bardzo istotny i szkoda by było nie skorzystać.

Draco podszedł do Hermiony. Zobaczył przed sobą zmęczone, lecz rozjarzone oczy żony. Ich położna także się śmiała. Narodziny bliźniąt to zawsze nadzwyczajne wydarzenie, pomyślał Draco zaglądając do obszernej kuwetki.
Ale… – zdziwił się Draco.
– Trojaczki, panie Malfoy. Dziewczynka i dwóch chłopców, jest czego gratulować.
– Ale... one nie są takie same! – zawołał Draco nie wiedząc co więcej mógłby powiedzieć.
Faktycznie, chłopcy mieli ciemne, lśniące włosy, układające się w loki, podczas gdy włosy dziewczynki były całkowicie proste. Rysy twarzy też się różniły, ale tylko odrobinę. Oboje z Hrmioną myśleli o tym samym: o zaczarowanym miejscu w lesie, gdzie dzieci zostały poczęte. A może naprawdę przewrotna czarownica Sol, roześmiana szelmowsko, tam była? I sprawiła im taką wspaniałą niespodziankę!
Ale to tylko taka nic nie znacząca myśl, która przyszła im do głowy.
 
Wszystkie dzieci były zdrowe i dobrze zbudowane. Cała szóstka, bo gdy emocje już opadły, okazało się, że Marietta urodziła bliźnięta, dziewczynkę i chłopca. Nie wiedzieli, czy błąd w odczycie USG, zarówno tym magicznym jak i mugolskim, był przypadkowym zbiegiem okoliczności, czy też oznaczał coś o czym jeszcze nie wiedzieli.
 

– Ale zamieszanie – posumował niesamowitą noc lekarz, który przywitał na świecie, prawie jednocześnie, sześć nowych istnień.
 
 
***
pięć lat później
 
­
– Mamusiu, mamusiu, czy to prawda, że Lily i Bruno pójdą z nami do Hogwartu? – emocjonowała się mała Adrianne. William i Marcus przysłuchiwali się z boku siostrze i szeptali między sobą.

– A skąd ty młoda damo o tym wiesz? – zapytała rozbawiona Hermiona, wiedziała, że przed jej córką nic się nie ukryje.

– Sandy mi powiedziała. Babcia Petunia była u nich i opowiadała, że dziadek Vernon jest bardzo dumny!

– Niemożliwe, taki mugol jak Vernon Dursley jest dumny z małych czarodziejów w rodzinie? – kpiącym głosem zapytał Draco, który podszedł do żony i dzieci siedzących na kocu w cieniu rozłożystej jabłoni.

– Draco! – skarciła go Hermiona. – Zważaj na słowa przy dzieciach.

– Mugol to niemagiczny czarodziej, tak   mamusiu? – zapytał William.

– Aleś ty głupi Willy, jak czarodziej może być niemagiczny? – obruszyła się Adrianne.

– Nie wolno się przezywać, tatusiu, ona go przezywa – w obronie brata stanął Marcus.

– Adrianne, nie wolno nazywać brata głupim. Willy, mugol to niemagiczny człowiek. To ktoś kto nie jest czarodziejem.

– Dziadzia Vernon, to największy mugol na świecie – zapewnił Willy, a widząc protest Hermiony, dodał:  – tak mówi wujek Harry!

Wujek Harry ma trochę racji, ale przecież lubicie dziadka Vernona, prawda?

Prawda, ma takie śmieszne wąsy – za całą trójkę zdecydowała Adrianne, – ale i tak wolimy dziadka Lucka, bo pozwala nam latać na miotłach.

– Chyba muszę porozmawiać o tym z waszym dziadkiem – powiedział Draco. – Nie wiecie gdzie go znajdę?

– Poszedł z dziadkiem Gregiem na ryby. Wyglądają bardzo głupio mocząc długie kije w wodzie. Dlaczego tak robią, tatusiu? – zaciekawił się Marcus.

– Chodźcie ze mną, smyki. Wszystko wam wyjaśnię.

Dzieci chętnie poderwały się z koca i pobiegły w stronę domu, już od progu wołając Ogryzka, który z pewnością naszykuje im sporą wałówkę domowych przysmaków. Hermiona z uśmiecham przyjęła całusa, którego złożył na jej policzku Draco, w pośpiechu goniąc za trojaczkami. Była szczęśliwa.

Harry i Ginny oczekiwali właśnie drugiego dziecka, i przedmiotem żartów stał się fakt, że i tym razem pani Potter nie będzie rodziła sama, ponieważ Ron i Lavender również spodziewali się dziecka. Dursleyowie utrzymywali bliski kontakt z rodziną Harry’ego przez co zaprzyjaźnili się również z Malfoyami. Marietta dbała o to, aby jej bliźniaki wychowywały się razem z dziećmi, które tej samej styczniowej nocy, przyszły na świat. Całkiem niedawno zaskoczyły ją wyjątkowe zdolności jakie przejawiały maluchy. Swoimi wątpliwościami podzieliła się właśnie z Hermioną, która doradziła jej zwierzenie się Dudleyowi, który magię trochę znał i akceptował. Największe obawy wzbudzała oczywiście reakcja Vernona, który finalnie zaskoczył wszystkich pękając z dumy. Przecież to oczywiste, że jego wnuki są genialne i nic w tym dziwnego, że są czarodziejami, stwierdził najnormalniej w świecie, wprawiając wszystkich w prawdziwe osłupienie. Zapowiedział, że Lily i Bruno z pewnością będą najlepsi w tym całym Hogwarcie, bo tęgi umysł odziedziczyły po dziadku. Nikt nie odważył się tego skomentować.
 

Szach i mat, Kochani :)
 


 
 
 
 
 

 
 

 

 

25 września 2015

Szach i mat, Kochanie XXII

Witajcie. Tak jak obiecałam - jestem. Udało mi się napisać ostatni rozdział SimK, przed nami jeszcze tylko epilog. Miniaturka na konkurs już prawie na ukończeniu, choć te prawie jest dosyć mocno naciągnięte ;) Tradycyjnie dziękuję, że jesteście i czekacie. Po epilogu postaram się wrócić do dawnego grafiku, czyli rozdziały poszczególnych historii będą się pojawiać naprzemiennie. Miejsce SimK  zajmują Iluzjoniści, gdy ukończę CNsZ (które wraz z Więźniowie przeszłości przeniosę do innej zakładki), w to miejsce pojawiać się będą raczej jednopartówki. Postaram się dodawać dwie części w miesiącu, ale zobaczymy jak mi to wyjdzie. A teraz zapraszam na lekturę i do komentowania :)

P.S. za chwilę przekroczę 40 k wyświetleń, baaardzo Wam dziękuję :*
 


Rozdział XXII

OSTATNI 
***

Był słoneczny, ciepły, wiosenny dzień. Jak okiem sięgnąć wszędzie rozpościerała się młoda zielona trawa, jakby przetykana tymi maleńkimi białymi wiosennymi kwiatkami, których nazwy, kiedy o to pytać, nikt nie zna.  Drzewa puściły pierwsze pąki i gdzieniegdzie widać było nieśmiało rozwijające się listki. Śpiew ptaków, które budowały nowe gniazda niósł się po okolicy tworząc radosną atmosferę oczekiwania. Sol – piękna czarownica o kociej twarzy i żółtych oczach, siedziała na przydrożnym kamieniu z niecierpliwością wyglądając oznak teleportacji, które objaśnił jej Harry. Jego przyjaciele, Hermiona i Draco powinni tu być już godzinę temu. Umówili się na tym wzgórzu, z daleka od cywilizacji, która pochłonęła jej ukochaną parafię Grastesholm, zostawiając ślady przeszłości tylko w pamięci wiekowych mieszkańców, znających świetność Ludzi Lodu tylko z opowiadań dziadków. Sol nie lubiła magii z którą przyszło jej mieć do czynienia, uważała, że wszystko utrudnia. Jeżeli jednak miałaby być szczera, to świat w którym oni żyli jej imponował. Denerwowała się, bo nie znała tego co sobą prezentowali, na szczęście jej poczucie humoru pozwalało na nawiązanie nici porozumienia z Ginny, której przewodniczką została. To było bardzo trudne. Panna Weasley miała niespotykany temperament, co sprawiało niemałe kłopoty. Sol, choć uwielbiała wyzwania, na początku nie miała ochoty opiekować się rozkapryszoną panną, która sama nie wie czego chce w życiu. Z opowiadań Tengela Dobrego, wynikało, że Ginny jako jedyna przedstawicielka płci pięknej wśród rodzeństwa Weasleyów, jest osobą twardą i niezdolną do kompromisów jednak obserwacja jakiej poświęciła się Sol, dała inne przemyślenia. Owszem, Ginny była młoda, ambitna i uparta, jednak również bardzo krucha, co skutecznie pokrywała zawziętością i ciągłym optymizmem. Sol polubiła tę małą siłaczkę, dopatrując się w niej swojego odbicia. Sama, jako żyjący człowiek czuła się nierozumiana i zagubiona. Nie pasowała do świata w jakim żyła, tęskniła za prawdziwą miłością, umiała poświęcać się dla bliskich. Mimo dziedzictwa zła, nie opowiedziała się na początku jednoznacznie po żadnej za stron, ale wychowanie przez jej ukochanych przybranych rodziców, Tengela i Silje dało swoje owoce. Sol złagodniała na tyle na ile było to możliwe i dążyła ku dobru, które cierpliwie jej wpajał przybrany ojciec, a właściwie wujek. Tak, Ginny była do niej zdecydowanie podobna. Może dlatego, gdy zmaterializowała się obok niej i po krótkiej wymianie zdań zaproponowała podróż do Norwegii, ta się zgodziła. Nie obeszło się oczywiście bez podejrzeń, ale jaką Sol byłaby czarownicą, gdyby nie umiała przekonać Ginny do swoich racji?
 

Na początku obie podchodziły do siebie z pewną dozą nieufności, jednak Sol, mając tę przewagę, że nie była istotą żyjącą, szybko zorientowała się z kim ma do czynienia i postanowiła się ujawnić w całej okazałości. Jej ruda towarzyszka, choć nieco zaskoczona, uwierzyła czarownicy przynajmniej na tyle, na ile było to konieczne, alby sprowadzić ją do domu Gabriela Garda, do Norwegii. Gabriel, który sam był już w dość sędziwym wieku i jego głównym zajęciem stało się wychowywanie wnuków i okazjonalne pisanie, cieszył się, że będzie mógł spełnić życzenie członka rodu, Cecylii Paladin, z domu Meiden. Przekonanie Ginny do porzucenia swego ukochanego zajęło im najwięcej czasu. Mimo wątpliwości, jakie wtedy targały młodą kobietą, chciała ona wrócić do Harry’ego i opiekować się nim póki starczy sił. Było to oczywiście niemożliwe, bo Hermiona i Draco powinni sami dojść do pewnych wniosków i nie należało im nic narzucać, a taki rozwój sytuacji był prawdopodobny, gdyby Ginny wróciła do Londynu. Starcie starożytnego zaklinania z nowoczesną magią różdżkową przyniosło jednak pożądany skutek i Ginny, wierząc, że Harry szybko do niej dołączy, postanowiła pomóc Ludziom Lodu, a tym samym również swoim przyjaciołom.

 
Sol wyczulona na najdrobniejszą zmianę, która zachodzi w najbliższym  otoczeniu, zauważyła lekko drgające powietrze i już po chwili zmierzała pewnym krokiem ku przystojnemu blondynowi i zaskakująco ładnej kobiecie z burzą kasztanowych, kręconych włosów, którzy wyłonili się z nicości.

 

***
 

Ginny siedziała w hotelowej kawiarence i próbowała sobie ułożyć w głowie co powie przyjaciołom. Historia z jaką się spotkała była oczywiście doskonałym argumentem i wytłumaczeniem dla jej poczynań, jednak miała świadomość, że choć Harry nie zadawał teraz wielu pytań, to decydująca rozmowa jest jeszcze przed nimi. Również Draco i Hermiona będą ciekawi ich decyzji, mimo że z krążących między nimi listów mogli wnioskować, że wszystko zmierza ku dobremu. Wiedziała, że tych dwoje zna już historię Cecylii i Aleksandra, jak również innych członków rodu. Zgłębili tajemnicę jaką skrywał ziemski żywot Heikego, zapoznali się z biografią Tengela Dobrego i przewrotnej czarownicy Sol, która jej osobiście bardzo imponowała, a za której kopię uważana była Cecylia. Cieszyła się, że po rozmowie z Gabrielem udadzą się do Danii gdzie będą mogli w zaciszu cmentarza złożyć hołd tej wyjątkowej parze, z której losem splątała ich teraźniejszość. Całym sercem była z Ludźmi Lodu i rozumiała ich potrzebę spełnienia ostatniej woli Cecylii i Aleksandra, sama postąpiła by z pewnością tak samo. Ukłucie żalu jakie towarzyszyło jej przez wzgląd na Harry’ego, dokuczało jej tylko trochę. Było oczywistym, że to na nią padł wybór sprowadzenia swoich przyjaciół do Norwegii i chciała wierzyć, że wiedzieli co robią ryzykując jej związek z Wybrańcem. Przecież to na ich przywiązaniu opierał się cały plan, bo gdyby nie miłość Harry’ego i chęć odnalezienia jej, wszystko by zawiodło. Harry jednak zachował się jak zwykle przewidywalnie. Nawet jeżeli był na nią zły i nie chciał jej wybaczyć opuszczenia, postanowił ją odnaleźć i sprowadzić do domu. Gdy tylko przekroczył granice Norwegii, urabianiem jego woli zajął się Heike, który nie od razu chciał się zmaterializować. Od tej pory wszystko poszło już gładko, Harry podjął wyzwanie i potraktował sprowadzenie Hermiony i Draco jako przygodę, tym bardziej, że życzył im wszystkiego najlepszego. Teraz czekali na ich przybycie by móc spotkać się z ostatnim żyjącym uczestnikiem wyprawy do Doliny Ludzi Lodu, gdzie rozpoczęła się ich zadziwiająca opowieść. „Jak najczystszy ton płynący ze strun harfy dotarła do moich uszu opowieść o Ludziach Lodu…” przypomniała sobie słowa które miał zapisać Maikel Lind z Ludzi Lodu w pierwszej kronice. Tak, ich przeszłość stała jej się niezwykle bliska i cieszyła się, że wrócili z Królestwa Światła.

 
Patrzyła przez szybę kawiarni na spieszących dokądś przechodniów, którzy historią jej jak i ludzi co kiedyś byli częścią tego świata, niewiele się przejmowali. Próbowała skupić się na uczuciach jakie żywiła do Harry’ego. Pamiętała jak siedząc przy łóżku chłopaka czuła zimno rozlegające się w jej sercu, jakby w środku padał nieustannie deszcz, a jego lodowate krople zalewały resztki jej zdrowego rozsądku i nadziei. Krzyczała głośno, że go kocha, choć z jej krtani nie wydobywał się żaden dźwięk. Zresztą, Harry i tak jej nie słyszał… wiedziała o tym i bolało ją to jeszcze bardziej. Po co miała liczyć puste dni, skoro brakło w nich jej jedynej miłości? Nie chciała mieć go tylko w snach, w marzeniach, które były z nią od czasu gdy po raz pierwszy ujrzała go na oczy. Patrzyła na jego nieruchome ciało i czuła tylko pustkę. Wokół byli szczęśliwi ludzie, na ulicy mijała tulące się pary, a ona znowu była sama, choć z nim… W domu witały ją puste ściany. Żyła wtedy w jakimś amoku, prawie nie jadła, nie spała. Sen z oczu zmywały słone łzy, które płynęły nieprzerwanym strumieniem. Głos Harry’ego, który obiecywał jej wspólną przyszłość odbijał się echem, które z czasem zaczęło cichnąć, oddalać się, by zniknąć zapomniane, choć jej myśli nadal go szukały, tęskniły. Nie rozumiała dlaczego wciąż omija ją szczęście, którym był właśnie on, Harry Potter. Jej nadzieja wykruszała się z każdym dniem, coraz mniej wierzyła w to, że kiedyś będą mogli być razem bez bagażu doświadczeń i obowiązków jakie zdobywał jej ukochany. Gdy wydawało jej się, że szczęście jest już na wyciągnięcie ręki, ono odskakiwało od niej, drażniło się kusząc od nowa i zachęcając do dalszej walki. A ona w pewnym momencie miała dość. Jednak losu to nie wzruszyło, on patrzył jak tęsknota wywołuje kolejne łzy, których myślała, że już zabrakło. Miała świadomość, że jej zachowanie wobec Tomasa było żałosne, ale to był krzyk o zrozumienie, zauważenie jej jako oddzielnej osoby, indywidualnej jednostki, której siły są na wyczerpaniu, a ona sama zobojętniała i zubożała wewnętrznie. Dobrze, że nie był człowiekiem, który wykorzystuje sytuację, a może po prostu dostał już swoją nauczkę? Jego dotychczasowe życie już wystarczająco naznaczyła dekadencja.

 
Zobaczyła jak chodnikiem zmierzają w stronę hotelu Draco i Hermiona. Nigdzie nie było widać Sol, co oznaczało, że dano im trochę czasu na przywitanie i wymianę doświadczeń. Była im za to wdzięczna, chociaż coś w środku buntowało się i mówiło, że nikt łaski im nie robi. Ale ona widziała wyższy cel tej przygody. Właśnie teraz wiedziała jak czuł się Harry te kilka lat temu gdy ruszał w poszukiwaniu horkruksów. I choć w gardle rodził się jej śpiew zrozumienia,  bała się nim zakrztusić. Nie wiedziała co jeszcze ją czeka.

 

***

Po krótkim choć radosnym powitaniu, usiedli w małym saloniku przylegającym do ich sypialnianych pokoi. Omówiwszy sytuację i rozwiawszy w miarę możliwości wszystkie wątpliwości, zgodnie stwierdzili, że wierzą, że przydarzyło im się coś niezwykłego i niezależnie od tego jaką cenę przyjdzie za to zapłacić, to warto rzucić się raz jeszcze w wir i dać ponieść przygodzie. Ruszyli na spotkanie z Gabrielem Gardem.

 
Spotkanie ze starszym mężczyzną przyniosło im wiele radości i wzruszeń. Hermiona, która w swej lekturze dotarła już do końca sagi o Ludziach Lodu, miała mnóstwo pytań i obiecała solennie przeczytać dalsze wzmianki, które zostały wplecione w dwie kolejne historie. Niechętnie rozstawali się  nowym znajomym, mając w planach już tylko podróż do Danii, gdzie chcieli odwiedzić groby ludzi których historie tak podobną do ich własnej, pisało życie. Byli dumni z tego, że dawali świadectwo innym i wierzyli niezachwianie, że Ludzie Lodu nadal są wśród nas nie tylko w postaci Gabriela Garda i jego rodziny. Wierzyli, że  żyją swoim życiem nie wychodząc już przed przysłowiowy szereg. Wierzyli, że Ludzie Lodu dotrą tam gdzie chcą, wierzyli w ich niesamowity świat, w to, że żyją po prostu z dala od innych, wolniej i spokojniej choć nikt już ich nie zna jako Ludzi Lodu.
 

– Każdy z nas ma swojego Voldemorta, – powiedział Harry, a inni pokiwali głowami myśląc o Tengelu Złym.


***
 
Gabriel Gard stał między dwoma drzewami o suchych, pożółkłych liściach, które mimo wiosennej pory nie opadły i nie odbiły zielonymi pędami. W środku odczuwał radość, bo po raz kolejny nie zawiódł swoich przodków. Oczywiście sam nic by nie zdziałał, był teraz zwykłym śmiertelnikiem, ponieważ jego życiowe zadanie do którego został wybrany dawno zostało wypełnione. Czuł jednak, że rozpowszechnienie historii o Ludziach Lodu wśród innych kultur czarodziejów, jest bardzo istotne. Dlatego też ostatnie życzenie Cecylii było dla niego oczywiste. Długo im zajęło szukanie odpowiedniej pary, ale on miał czas. Wiedział, że wywar który wypił jako dwunastolatek, przedłużył mu życie. Zresztą sam fakt pochodzenia dawał pewność długowieczności. Stał więc spoglądając wnikliwymi oczami w dal, gdzie godzinę temu zniknęli jego wyjątkowi goście. Cieszył się, że zamierzają wybrać się do Danii, był dumny, że czują się teraz nierozerwalnie związani z Ludźmi Lodu. Tuż koło ucha usłyszał radosny śmiech, wiedział, że to Sol, która nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa.
***
 
Harry wykorzystując moment nieobecności dziewczyn, które udały się na szybkie zakupy, postanowił porozmawiać z Draco. Chciał się dowiedzieć o stosunki jego z Hermioną, a z uwagi na to, że wiedział iż relacje państwa Malfoy wyszły na prostą, podpytać również o dalsze plany na przyszłość. Niestety tok rozmowy obrał niespodziewany kierunek i w tym momencie to Harry tłumaczył się ze swojego życia, które mimo wszelakich podejrzeń reszty towarzystwa, nie szło tak gładko jak zakładali.
 

– To teraz rozumiesz co czuła Ginny, gdy ty goniłeś przygodę – irytował się Malfoy, słysząc oponowanie Pottera. – Przecież zniknąłeś wtedy z dnia na dzień i mimo iż ona miała prawo się tego domyślać, to mogę się założyć, że była zaskoczona, ponieważ pałała nadzieją, że jednak zrezygnujecie.


 – Przecież wiesz, że nie miałem wyjścia – warknął Harry.


– Wiem, ale ty też wiesz jak się zachowywaliście. Hermiona mi opowiadała, bo z biegiem czasu zaczęła dostrzegać luki w waszym planie. Nie wytłumaczysz wszystkiego dobrem innych. Weasley zachowała się teraz tak samo. Zniknęła, upewniając tylko najbliższą rodzinę, że nic jej nie grozi i też pognała za przygodą…


 – To nie to samo.


– A właśnie, że to samo. Tylko wy, sławne Golden Trio zdawaliście sobie sprawę za czym tak naprawdę gonicie i jakie jest to ważne dla naszego świata. Wytłumaczyłeś Ginny dlaczego musisz ją opuścić? No właśnie – sarknął Draco widząc zaprzeczenie Harry’ego. ­– Ty byłeś egoistą wtedy, a ona teraz. Oboje nie mieliście na to większego wpływu, więc powinieneś ją rozumieć i nie wypominać tego co było. Zgadzam się, że jej zachowanie w świetle tego co ci się stało, jest mało rozsądne, ale jeżeli w grę wchodzą emocje, rozsądek idzie na bok.


 – Może masz rację…


– Mam. Doskonale wiem co mówię – Malfoy wstał i zaczął chodzić po pokoju, co jakiś czas zerkając na Harry’ego. Potter wyglądał marnie. Widać było, że adrenalina związana z przygodą Ludzi Lodu powoli ustępuje. Jego oczy, które były tak żywe gdy rozmawiali z Gabrielem, teraz przygasły. Nadszedł czas na ciężkie decyzje. – Co zamierzasz zrobić?


 – Nie wiem. Z jednej strony jest tak jak mówisz i rozumiem Ginny. Czuję się też winny, bo przez tyle lat trwała wiernie u mojego boku, czekając aż ja wreszcie podejmę decyzję jaką powinienem podjąć już dawno temu. Życie ze mną nigdy nie było łatwe i nie sądzę żeby takie miało się stać, choć teraz jestem bardziej świadom błędów jakie popełniłem. Z drugiej jednak strony jak mam zaufać osobie, która opuszcza mnie wtedy gdy najbardziej jej potrzebuję? Jak mam jej uwierzyć, skąd mam być pewien, że gdy choroba znowu mnie dosięgnie, ona nie zawinie manatków i nie zniknie?


 – Nigdy nie będziesz miał takiej pewności, nikt nie może ci jej dać, bo nikt nie potrafi przewidzieć jak potoczy się jego życie i przed jakimi wyborami stanie. Coś co wydaje się oczywiste, pod wpływem okoliczności może się zmienić.


 – Tak, tu masz rację – przyznał cicho Harry.


 Draco podszedł do niego i położył swoje dłonie na ramionach przyjaciela. Patrząc prosto w szmaragdowe oczy, powiedział:


 – Musicie dać sobie nawzajem szansę. Nie róbcie nic dlatego, że „tak wypada”, kierujcie się tym co macie w sercu, nie zmuszając się do niczego. To co oczekują od was inni, jest teraz nieważne.


 – Pozostaje jeszcze kwestia Tomasa…


 – Tomas wyjechał i wiesz doskonale, że jego powinienem się bardziej obawiać ja niż ty. Poza tym on jest bardzo lojalny, już wiele razy to okazał.


 – Mi chodzi raczej o stosunek Ginny, tak naprawdę to może być każdy.


– Jeżeli chcesz mieć ją na wyłączność, to obawiam się, że zostaniesz starym kawalerem.


Mężczyźni ucichli słysząc zbliżając się, rozchichotane dziewczyny. Po chwili drzwi od pokoju stanęły otworem, a przez nie wpadły Hermiona i Ginny.


– Napadłyście na sklep? – zapytał rozbawiony Draco widząc stos paczek i paczuszek różnej wielkości.


– Uzupełnienie zapasów – uśmiechnęła się Hermiona. – Masz ochotę na spacer? – zapytała spoglądając porozumiewawczo na męża. Draco od razu zrozumiał, że Ruda musi chciać porozmawiać z Harrym jeszcze przed wyjazdem do Danii.


– Oczywiście. Chodź, poszukamy magicznego kręgu, jeszcze go nie widzieliśmy – odpowiedział Draco biorą Hermionę za rękę i zza pleców Ginny pokazując zaciśnięte kciuki Potterowi. Wyglądało na to, że oboje dojrzeli do rozmowy.


 


***

 
Państwo Malfoy, pełni nadziei, opuścili Lipową Aleję i skierowali swe kroki krętymi uliczkami łączącymi willowe osiedla ku widniejącymi w oddali łąkami, a potem w stronę lasu.
Pogrążeni w rozmowie zapuszczali się coraz dalej i dalej w las. W końcu dotarli do jasnej, tajemnej polanki, gdzie przed laty Sol często przychodziła ze swoim kotem, by czarować. Tam rozłożyli się na trawie, rozkoszując się leśną ciszą, śpiewem ptaków i ciepłymi promieniami słońca.

– Mam jakieś dziwne wrażenie – powiedziała Hermiona, wpatrując się w chmury.


Draco  łaskotał ją w czoło źdźbłem trawy. Obrócił się leniwie na plecy by spojrzeć w tę samą stronę co jego żona.


– Jakie?


– Że już kiedyś tu byłam.


– To chyba możliwe.


– Nie, nigdy nie byłam w Norwegii, przecież bym pamiętała. A już na pewno nie tutaj,  zwłaszcza że tak trudno się tu dostać. Ale wiesz? Dobrze mi tutaj.


– Mnie też. Tu jesteśmy z dala od wszystkiego.


Właśnie w tym miejscu, gdzie Sol miała zwyczaj rozrzucać różne rzeczy, za pomocą których czarowała, a potem odmawiała nad nimi zaklęcia, tu gdzie lata temu nasienie Alexandra odnalazło drogę tam, gdzie powinno się było znaleźć, by mogły zostać poczęte nowe pokolenia, Draco i Hermiona złączyli się w miłosnym uniesieniu, zapominając jaki finał jest im pisany.